Żyjemy w czasach, gdzie bardziej akceptowalne jest kazanie czegoś mężczyźnie, niż zabronienie czegoś kobiecie.To że mężczyzna broni (czyt. ginie) za swój kraj jest jak... poranne wyjście po bułki. Tak po prostu jest. A gdybym wam powiedział "kobiety w obliczu wojny, powinny być wierne swoim rodakom, by odbudować naród i dobrobyt, a nie osiadać i asymilować się w innym kraju" to byłbym pi*rdolonym creepem, mizoginem, faszolem i w ogóle jak JA ŚMIEM kobietom mówić, co mają robić, a czego nie.No ale mężczyzna, wojsko, obowiązek, hop hop hop. Poświęcenie jednej strony, jest dla nas niejako…