Mam poważny problem z żoną i kończą mi się pomysły na dalsze działanie. Kończy mi się również cierpliwość. Będzie ściana tekstu, dlatego w ramach #tldr od razu wrzucam tagi:#nerwica #psychologia #zwiazki #niebieskiepaski #rozowepaski i za chwilę chyba #depresjaA teraz od początku. Mamy po 35 lat, jesteśmy 12 lat po ślubie. Dwoje dzieci lat 8 i 5. Od kilku lat żona ma szereg większych i mniejszych problemów z trawieniem - jelita i żołądek. Moim zdaniem przyczyną jest nerwica. Kilka lat temu po krótkiej, ale ciężkiej chorobie zmarł jej tata, dwa lata później po długiej i niestety również ciężkiej zmarła jej mama. Dwa lata później druga ciąża, wszystko przebiegało sprawnie, ale przy porodzie pojawiły się poważne komplikacje. Żona cudem przeżyła. I o ile wcześniej jakoś się trzymała, tak od porodu jest tylko gorzej (przypominam, młodsza córka ma 5 lat).Wspierałem ją jak tylko mogę od samego początku, trudne przeżycie, ogromny stres, okazywałem zrozumienie. Zdawałem sobie sprawę, że potrzebuje czasu, by dojść do siebie. Tylko czas mijał i nic. Migreny, które kiedyś miewała sporadycznie, stawały się coraz częstsze. Jedzenie coraz częściej skutkowało bólem brzucha, albo rozstrojem żołądka. Zaparcia, wzdęcia, bóle, ścisk, mdłości. Chudła przez te lata, wszyscy jej gratulowali, że tak wspaniale wraca do formy po ciąży. No wracała, bo jadła coraz mniej. I z czasem te dolegliwości są coraz częstsze. Cały czas jestem przy niej, czasem jakoś wspieram, czasem po prostu jestem. Obserwuję ją cały czas, zawsze była nerwowa, zawzięta, pamiętliwa, ale „w granicach rozsądku”. Teraz? Byle co jest powodem do złości. Wciąż zlękniona, że jak gdzieś pójdzie, to rozboli ją brzuch. Któreś z dzieci zakaszle? Na pewno będzie chore, co teraz, trzeba lekarza, kupić lekarstwa, coś tam. Kaszel to jeszcze pół biedy. Ale któreś powie, że brzuch boli? Tu już jest dramat, to na pewno jelitówka. Każdy ból brzucha jest jelitówką. Nawet ten bez wymiotów, czy biegunki – i tak siedzi w gotowości, jak żołnierz w okopie, bo zaraz na pewno coś się wydarzy. Cały czas w napięciu. Czyta od lat różne medyczne teksty, zna wszystkie jednostki chorobowe, do wszystkiego dobierze leki. Z czasem zacząłem na bazie własnych doświadczeń wnioskować, że jej stan zdrowia jest związany z napięciem psychicznym. Że te migreny bardzo często są „na zamówienie” – martwi się czymś cały dzień, rzecz się nie wydarza, ale w nocy jeb – migrena. Albo ból brzucha, mdłości. Tyle razy miała mdłości, wiele nocy przesiedziała w łazience. Nigdy, przysięgam, ani razu, nie zwymiotowała. No więc chciałem trochę ją nakierować, że może warto się temu przyjrzeć. Od samego początku trafiałem na ścianę. To na pewno coś z brzuchem, albo z żołądkiem, a ja gadam głupoty. Robione liczne badania – usg wszystkiego, gastroskopia, kolonoskopia, encefalografia, przebadane litry krwi – nic, co by odbiegało od normy. Ostatnio wydała ponad 400 zł na cały wachlarz prywatnych badań krwi. Wszystko ok, niektóre wyniki w dolnych granicach np. żelazo (no trudno, by było w górnych, skoro nic nie je), ale wszystko w normie. Ale będąc z nią na co dzień widzę, jak denerwuje się wszystkim coraz bardziej. Jak jest rozdrażniona, czasem agresywna w zachowaniu (nie, nie mówię o agresji fizycznej). Poza tym krzyczy na dzieci, kłóci się ze mną. Kłótnie są coraz częstsze. Praca – wcześniej pracowała przez kilka lat w banku. Kontakt z klientem, presja na sprzedaż. Widziałem, że ją to wyniszcza. Sugerowałem, by się zwolniła. Nie chciała, bo mogła sobie brać wygodnie wolne, kiedy chciała (największa, kurde, wartość w pracy). Ale ciągle się martwiła, że za mało sprzedała, że dyrektor się czepia, że w tym miesiącu mało zarobiła. W końcu tak jej gadałem, że niemal wymusiłem, by się zwolniła. Wreszcie odeszła z pracy. 8 miesięcy siedziała w domu. Dawałem jej czas, liczyłem, że może to praca, że jej się poprawi. Nic z tych rzeczy. I tak, to ja ciągnę nas finansowo – prowadzę własną działalność, pracuję w domu, czasem podjadę do klienta. Lekko licząc zarabiam 3-4 razy tyle, co ona. Tylko kosztuje mnie to wszystko barwo wiele.Teraz odbywa staż z urzędu pracy w innym urzędzie (na bezrobocie poszła zarejestrować się dopiero po 5 miesiącach, a trułem jej od samego początku). Praca dla niej idealna (może poza pieniędzmi, ale to już moje zmartwienie) – brak stresu, brak presji wyników, spokój, przyjazne współpracowniczki. Tylko im dłużej tam jest, tym częstsze są przerwy. Zwalnia się w ciągu dnia, bo ma mdłości, bo migrena. Wszyscy są wyrozumiali, pracuje z samymi kobietami, każda ma swoje bolączki. Nawet wczoraj urwała się z pracy. Niby nikt problemu nie robi, wszystko fajnie, tylko boję się, że przez te absencje na koniec stażu jej podziękują.Próbuję na wszystkie sposoby – jakieś gadanie o relaksacjach, rozmowy o dobrostanie, o wpływie stresu na zdrowie i stanu umysłu na ciało. Proponowałem jakieś podcasty, wykłady na temat zdrowia, medytacje, buddyzm, inne gówno, które mi pomagało (o tym za chwilę). Nie mogę jej nawet nakłonić, by regularnie piła melisę, bo szkodzi jej to na żołądek. Ogólnie to wszystko głupoty, ona nie ma problemu z głową, a z brzuchem. Bo przecież migreny też mogą się brać od brzucha. No mogą, tylko co z tego.Któregoś razu, a było to ze 2 lata temu powiedziałem wprost, że to zaszło za daleko i powinna udać się do psychiatry. O jaką tyradę mi zrobiła. Że chcę z niej zrobić wariatkę, że ona na to nie pozwoli. No autentycznie żeby nie dzieci to bym chyba tego dnia trzasnął drzwiami. Zabolało mnie to tym bardziej, że kilka lat wcześniej sam zachorowałem na depresję. Leki, psychoterapia… kilka lat zajęło mi, by z tego wyjść. Od 5 lat nie biorę żadnych leków, 4 lata temu zakończyłem też terapię, ale to była długa i naprawdę ciężka droga. Była przy mnie, wspierała. Okazała mi naprawdę ogromne wsparcie, zwłaszcza na początku, gdy nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Tylko że ja chciałem walczyć. Brałem te antydepresanty, choć czułem się po nich źle, chodziłem na terapię, by ohydnie pozwalać grzebać w swojej głowie obcej osobie. A ona? Walczyć nie chce. To na pewno nie jest głowa, nie nerwica. I kręci się w kółko, a lata lecą. Coraz więcej kłótni, nerwów, stresu. Gdy pierwszy raz jakiś lekarz na jej „gulę w gardle” zasugerował globus histericus, a było to dawno temu, to dwa dni w domu słuchałem, jak on śmiał śmieć.A ja? Czuję się coraz bardziej zmęczony i po prostu, tak po ludzku, samotny. Gdy czuje się dobrze, to jest naprawdę dobrze. W domu jest czysto, obiad, wszystko na miejscu. Tylko tych momentów, gdy jest dobrze, jest coraz mniej. Coraz częściej różne aspekty ogarniania domu są na mojej głowie, a chociaż od zawsze brałem w tym udział i nie uciekałem od sprzątania czy gotowania, to po prostu widzę, że proporcje z biegiem lat drastycznie uległy zmianie. Jaką jest matką? Dobrą. Dzieci chodzą czyste, zdrowe, dba o lekarstwa, pilnuje, by starsze było zawsze gotowe do szkoły. Ale rozwój dzieci? Coś wspólnie porobić, poczytać, pobawić się, cokolwiek – ona się źle czuje. Spacery, wyjście na plac zabaw, jakiekolwiek aktywności poza domem? To jest wyłącznie na mojej głowie.Mam lekkie nadciśnienie, ale ona akurat się tym nie przejmuje. „No masz, na szczęście nie za wysokie”. Dbam o siebie, dobrze się odżywiam, biegam, ćwiczę w domu – te dwie rzeczy dobrze działają na głowę, dają wytchnienie. Ale tego wytchnienia odczuwam coraz mniej. Za to poczucie samotności w życiu jest coraz większe.Chciałem napisać wpis składny i ułożony. Widzę, że wyszedł chaos. Sam teraz czuję ścisk w gardle. Spodziewam się komentarzy wiadomej treści, mam to w dupie. Ale może ktoś był kiedyś w podobnej sytuacji i jakoś z tego wybrnął, bądź jego bliski pokonał ten mur? Nie wiem naprawdę, brak mi pomysłów, co dalej. Jest tylko gorzej.#zalesie #gorzkiezale

