Zostawić czy walczyć? Pół roku temu dostałem w pysk pozwem o rozwód. Jesteśmy razem 8 lat po ślubie, 15 lat łącznie, wspólne mieszkanie na kredyt, dziecko 5lvl. Odkąd pamiętam byłem osobą bardzo depresyjną i introwertyczną, sprytnie jednak otaczałem się normikami i ekstrawertykami, ciągali mnie ze sobą i chyba to uratowało mnie przed totalnym #przegryw xd. W żonie zakochałem się praktycznie tego samego dnia kiedy ją spotkałem, jeden jedyny raz w życiu poczułem coś takiego do drugiej osoby, szczęśliwie ona poczuła to samo. Niestety z biegiem czasu po opadnięciu pierwszych zachwytów i starań, szczególnie kiedy pojawiło się dziecko i monotonia dnia powszedniego, zacząłem zamykać się w sobie, popadać w coraz większą depresję, odrzucać świat zewnętrzny, w tym i żonę. Nic z tym nie robiłem, tłumaczyłem sobie, że to w sumie normalne, i że życie tak wygląda. Dla niej stawałem się coraz bardziej obcy, nie szanowałem nie okazywałem żadnych uczuć, mało się odzywałem a jeśli już to tylko w skrajnie negatywnych emocjach. No i doszło do pozwu. Zareagowałem złością i miałem pretensje do całego świata, oprócz siebie. Szukałem jej telefon, instagram, facebooka, chciałem znaleźć dowód zdrady, żeby sobie to wszystko wytłumaczyć. Oczywiście nic nie znalazłem. A szukaniem tylko straciłem resztki zaufania.Po dwóch tygodniach picia dzień w dzień przeszedłem pierwszy raz gorzki rachunek sumienia, pierwszy raz spojrzałem na siebie jej, to co zobaczyłem było straszne. Szybko się z tego ogarnąłem i zacząłem przepraszać (w sumie pierwszy raz w życiu szczerze), obiecywać poprawę i wyznawać miłość. Oczywistym jest, że nie ufa mi i nie wierzy, nie mam nawet do niej o to pretensji. Bo z jej perspektywy człowiek zmienił się na plus nie do poznania i wygląda to jak gra albo manipulacja. Z tym że minęło to pół roku, a moja zmiana jest realna. Od 6 miesięcy chodzę na terapię, dużo mi daje. Czuję chęć życia, w zasadzie najbardziej kiedykolwiek. Nie mam już debilnych zachowań. Cały czas chcę pracować nad sobą, nie dla niej, po prostu chcę naprawiać siebie. Cały czas ją kocham, ona i dziecko są dla mnie całym światem. Walczyć o rodzinę czy pozwolić odejść, żeby była szczęśliwa? Do tej pory mieszkamy razem, oboje groszem nie śmierdzimy, po rozwodzie będzie ciężko każdej ze stron, żadne nie ma się za bardzo gdzie podziać. Do tego dziecko jest bardzo przywiązane do obojga rodziców. Ja też tutaj nie mam nikogo bliskiego, pochodzę z drugiego końca Polski. W każdym możliwym scenariuszu łapie mnie ciężka deprecha i wizja czy to opieki naprzemiennej czy tata weekendowy mnie przeraża. Nie wyobrażam sobie codzienności bez choćby buziaka dla dziecka, bez chwili rozmowy. No i wiadomo, żonę kocham strasznie. Teraz jak nawet na weekend ich nie ma to jest mi bardzo ciężko. Paradoksalnie wszystko teraz jest lepiej w naszej relacji, łatwiej rozmawiamy, nawet częściej wychodzimy z dzieckiem, lepiej się dogadujemy, tylko nie ma seksu od pół roku xd Nie chodzę za nią, nie wyznaję co chwila miłości i nie błagam o szansę. Nie wiem czy dobrze robię bo serce krzyczy, a rozum każe dać na wstrzymanie i dać jej przestrzeń i oddech.... Nie mam z kim nawet o tym porozmawiać xd Na ten moment tylko odpowiedziałem na pozew gdzie odpowiedziałem szczerze, że to ja zawaliłem relację w związku przez zaniedbanie psychy. Ciul wie kiedy pierwsza rozprawa. Nie było zdrad, dram, ani osób trzecich. Po prostu byłem ślepy i głupi. Jestem na 100% przekonany, że żona ma do mnie resztki uczuć gdzieś tam.#rozwod #zwiazki

