Czytam sobie o prawie pracy i jeśli rozumieć je wprost, to to jest jakieś totalne niewolnictwo. Spóźnienie jako podstawa do zwolnienia, branie urlopu żeby załatwić sprawę na mieście, tylko dwa dni! wolnego na poszukiwanie pracy podczas okresu wypowiedzenia. No i przede wszystkim sama konieczność przychodzenia do kołchozu 5 dni w tygodniu. Czy tak zawsze jest, czy faktycznie trzeba być dyspozycyjnym i odbijać kartę z zegarkiem w ręku podczas pracy na etat? Mam na myśli normalne firmy, ewentualnie jak to jest w porównaniu z budżetówką. Ja sam pracuję na etat siódmy rok, ale jest to etat na uczelni, gdzie nawet nieprzyjście na zajęcia może się zakończyć co najwyżej koniecznością ich odrobienia, a nie zwolnieniem dyscyplinarnym. I żadnego urlopu nie muszę brać żeby iść do urzędu, bo zajęć mam tylko 360 godzin w roku. Poza tym czasami coś tam trzeba zrobić, pomóc przygotować konferencję itd., ale tego jest mało, więc jak trzeba to po prostu przyjdę. Badań nie prowadzę bo starszy wykładowca nie musi. Jestem na pokładzie i już, płacą mi za gotowość do pracy podczas tych paru godzin w których faktycznie jestem potrzebny. Czy poza uczelniami są takie miejsca gdzie można mieć etat, ale nikt nie kontroluje czy jesteś w robocie jeden dzień czy pięć dni w tygodniu, a zarobki są w pełnej wysokości, przy pułapie powiedzmy od 7k do łapy w górę? #praca #pracbaza #korposwiat #kolchoz #januszex #kariera #etat

