15 lat temu, chwilę po skończeniu studiów, zacząłem pracować w jednej firmie. Wytrzymałem tam aż do dzisiaj, bo atmosfera zrobiła się już tak nie do zniesienia, że dałem sobie spokój i rzuciłem papierami. Od kilku lat firma zatrudnia coraz więcej osób na jakichś kierowniczych, dyrektorskich i podobnych stanowiskach. Problem w tym, że część z tych ludzi de facto nie robi nic. Do tego polecają swoich znajomych i kolejnych ludzi do zatrudnienia.Ogólnie nic mi do tego, kogo prezes zatrudnia, ale z czasem zaczęło mnie to coraz bardziej irytować. Jeden gość potrafi sobie w kuchni na luzie pić łychę z colą. Drugi przychodzi do firmy 2–3 dni w tygodniu, a reszta to niby praca zdalna. Trzeci miał być na targach na drugim końcu Polski, a tego samego dnia normalnie mijałem go na osiedlu. Tych sytuacji to było multum. Czarę goryczy przelała jednak inna sytuacja. Jakiś czas temu zatrudnili kobietę, która miała zajmować się stroną internetową i rekrutacją nowych pracowników, na mniej wyrafinowanych stanowiskach. Niestety brałem udział w części tych rekrutacji, bo szukaliśmy też asystenta dla mnie. Nikogo sensownego nie znaleźliśmy, aż w końcu ta kobieta z HR zaprosiła na rozmowę własnego syna, który studiuje ten sam kierunek, który ja kiedyś skończyłem. Stwierdziła, że może się nada.Chłopak kompletnie zielony. Przyszedł na totalnej wyjebce. Jego własna matka prowadzi z nim rozmowę i zadaje pytanie w stylu: „Co wiesz o pracodawcy?”, a on praktycznie nie jest w stanie nic z siebie wydusić. Sam zadałem kilka pytań teoretycznych, chłop nic nie wiedział. W pewnym momencie pytam o oczekiwania finansowe. Powiedział 12–14 tys. netto.Mnie dosłownie zamurowało. Mam 15 lat doświadczenia w tej firmie, znam wszystko od podszewki, ogarniam swoją działkę praktycznie samodzielnie i mam 8 tys. netto podstawy. Czasami wpadnie jakaś premia i może raz na kwartał dobiję w danym miesiącu do około 10 tys.Po rozmowie mówię tej kobiecie z HR, że 12 tys. to nie realne, to mnie wyśmiała i oznajmiła, że wszyscy rzucają stawki od 10k w górę. Kilka tygodni temu poszedłem więc do prezesa i powiedziałem wprost, jak widzę sytuację. Że zatrudnia się coraz więcej ludzi, którzy niewiele robią, część ledwo wyrabia pół etatu, większość ma totalnie wywalone, a ja mam coraz więcej obowiązków, wykonuję swoją pracę najlepiej jak potrafię i finalnie wychodzi na to, że zarabiam mniej od ludzi, którzy dopiero przyszli.Powiedziałem, że chcę konkretną i godną podwyżkę. Prezes powiedział, że przemyśli i zlał mnie ciepłym moczem.Potem poszedłem na dwa tygodnie urlopu. Nikt z firmy praktycznie się do mnie nie odzywał, więc przynajmniej miałem spokój.Wracam dzisiaj do biura, a tam pojawia się syn tej kobiety z HR. Okazało się, że go zatrudnili. Chłopak ma być moim asystentem, a zgodzili się na 100% pracy zdalnej i 10 tys. netto na rękę na dobry początek.Poszedłem znowu do prezesa i pytam, jakim cudem kompletnie zielony człowiek ma mi pomagać w zadaniach, siedząc cały czas w domu, skoro rzeczy, którymi się zajmujemy nigdy nawet na oczy nie widział.Prezes praktycznie zlał temat, powiedział, że chce się uczyć i tyle. Kiedy ponownie zapytałem o swoją podwyżkę, usłyszałem tylko, że może po Nowym Roku mógłbym liczyć na okolice 10 tys. netto. I wtedy coś we mnie pękło.Wydrukowałem wypowiedzenie, poszedłem do prezesa i położyłem mu je na biurku. Ogólnie to byłem już 3 pracownikiem ze „starego składu” w ciągu ostatnich trzech miesięcy, który rzucił papierami. Prezes powiedział tylko, że szanuje moją decyzję i że mam trzymiesięczny okres wypowiedzenia liczony od października.Nie wiem czemu, ale wróciłem do domu kompletnie przybity. Leżę teraz na łóżku i mielę to wszystko w głowie. 15 lat w jednym kołchozie. Koledzy zmieniali pracę co 2–3 lata, rozwijali się, zwiększali zarobki, dorobili się jakiegoś majątku. A ja nadal jeżdżę tym samym samochodem, który kupili mi rodzice, kiedy wyjeżdżałem na studia. I chyba najbardziej boli mnie świadomość, że przez tyle lat byłem lojalny wobec firmy, która finalnie miała moją lojalność gdzieś.Najgorsze jest jednak to, że w mojej specjalizacji praktycznie nie ma pracy w okolicy. Najbliższe sensowne oferty są jakieś 160 km ode mnie, więc znalezienie czegoś nowego oznaczałoby przeprowadzkę. Ogólnie to ze znalezieniem pracy nie będę miał żadnego problemu, jedynie bardzo się boje czy sobie poradzę w nowym środowisku. Dodatkowo za miesiąc się żenię. Moja przyszła żona bardzo mnie wspiera, dla bezpieczeństwa wolałaby na razie nie zmieniać pracy, przynajmniej dopóki nie będzie na macierzyńskim. Z zakładaniem rodziny też nie chcemy już długo czekać, bo oboje zbliżamy się do czterdziestki. Dodatkowo plusem miejsca pracy tutaj jest taki, że przyszłe dziecko można by było oddać na weekend do babci w razie czego, a tak bylibyśmy daleko od rodziny.I siedzę teraz z myślą, czy właśnie zrobiłem najlepszą decyzję od lat, czy największą głupotę w swoim życiu. Niby wiem, że dalej tak funkcjonować nie mogłem, ale po 15 latach w jednym miejscu perspektywa zaczynania wszystkiego od nowa naprawdę mnie przeraża.#praca #kolchoz #korposwiat #pracbaza #januszex #przegryw

