Drodzy Mircy i Mirabelki, Szanowne wykopki, Wy, którzy w swych cyfrowych okopach życia szukacie echa własnych westchnień, piszę do Was jak stary kumpel z piwnicy obok, ten co to w knajpie przy piwie opowiada o tym, co go gryzie, choć wie, że piwo ciepłe, a kumpel już dawno nie słucha. Bo cóż innego mi pozostaje? Mam od dzisiaj lat czterdzieści pięć, ale o telefon po śmieciarkę nie proszę, bo czuję się jak trzydziestolatek, który dopiero co wyszedł z mgły, co go przez piętnaście lat małżeństwa otulała niby kołdra z waty – ciepła, ale duszna, ciężka, uniemożliwiająca jakikolwiek ruch. Bo oto, w tym miejscu, co jest raczej spowiedzią a nie pastą, postanowiłem z okazji urodzin wyznać Wam rzecz, która w oczach wielu uchodzi za grzech śmiertelny, a dla mnie stała się zbawieniem. Otóż moi drodzy Mircy, najlepsze, co mnie w dorosłym życiu spotkało, to romans. Tak, romans - ten zakazany owoc, co w sadzie codzienności rośnie ukradkiem, a smakuje jak nektar, którego przez lata nie dane mi było skosztować. Tych piętnaście lat po ślubie, to była epoka wyrzeczeń, moi mircy, epoka, w której ja, niegdyś pełen pasji młodzian, stałem się cieniem samego siebie. Hobby? Znajomi? Przyjaciele? A po co to komu? A na co? Wszystko to odeszło w niepamięć, rozpłynęło się w morzu obowiązków, co je nazywaliśmy rodziną. Ona pochłaniała wszystko i wszędzie. W domu, pracy, na wakacjach, w deszczu, w mrozie, w szkole, w szpitalach, gdzie powietrze gęste od strachu i sterylnego chłodu… To gotowanie posiłków, co miały być eliksirem zdrowia, to budowanie domu, co miał być azylem, a stał się udręką wiecznego placu budowy. To go wykańczanie, to remontowanie, to urządzanie na nowo, bo "zmieniły się koncepcje" - moja ulubiona fraza, co brzmiała jak wyrok, powtarzana z nutką kaprysu, podczas gdy ja, z narzędziami w dłoniach, z telefonem pelnym numerów do kolejnych poobrażanych majstrów i fachowców czułem, jak życie ucieka mi między palcami. A potem znów szpitale, zajęcia dodatkowe, wycieczki, nauczanie, douczanie, użeranie się z teściami, z rodziną, co wiecznie miała pretensje, jakbym to ja był winien całemu światu, jakbym to ja najpierw rozsiał po świecie wirusa a potem napadł na Ukrainę… Sto procent czasu: dzieci, dzieci, dzieci. Rozwój osobisty? Zawodowy? Śmiech na sali! Nie było takiej możliwości, bo rzeczywistość nie pyta o marzenia - ona je miażdży pod ciężarem codzienności. I wszystko to byłoby do zniesienia, moi drodzy Mircy, gdyby nie ta zimna obojętność, co sączyła się z miłosci mego życia, jak trucizna ale w wolnym tempie. Dokuczanie, wieczne szukanie przestrzeni, motywacji, branie sobie od siebie wolnego ale nie Ty, Mirku, Tobie nie wolno tak, Ty tyraj dalej: prasuj gówniarzom ubrania, gotuj, buduj, remontuj, woź do przedszkola, odbieraj z angielskiego, „naucz go kuwra jeździć na łyżwach”, „nie dotykaj mnie dzisiaj”, „przestań robić miny do mojej matki”. W międzyczasie nadciśnienie poczęło ściskać mi serce, rosnąca nadwaga oblepiała coraz bardziej niedołężne i obolałe ciało, starzejąca się twarz nie dawała się poznawać starym znajomym na ulicy a nowa koleżanka depresja czaiła się w kącie jak stary pies. Myśli rezygnacyjne krążyły po głowie jak muchy nad trupem, brak sensu życia, otępienie, cała ta apatia, co czyniła z dni szare pasmo niczego. Szaro-zielony kawał starej, śmierdzącej rozgrzanym ebonitem plasteliny.Nostalgia? O tak, nutka jej zawsze była: wspominałem siebie sprzed lat, tego chłopaka z ogniem w oczach, co czytał książki do świtu i marzył o wielkich rzeczach, wielkiej miłości. Ale życie? Ono miało inne plany. Aż tu nagle, w tym wirze beznadziei, ktoś się pojawił. Ktoś z innej bajki, z innej klasy społecznej - o poziomie wykształcenia i majętności nieosiągalnym dla mnie, prostego człowieka, co przez całe życie mógł na takich jak Ona patrzeć z daleka, mijając na ulicy w pośpiechu lub czytając o takich jak Ona w gazetach, gdzie błyszczą jak gwiazdy na firmamencie. I wyobraźcie sobie to, że ona, z dosłownie wszystkim, co się może człowiekowi zamarzyć - domami, podróżami, sukcesami - ma takie same problemy jak ja. Pustkę w sercu, chłód w domu, tęsknotę za czymś prawdziwym. I nagle to we mnie widzi kogoś. Kogoś ciekawego, interesującego, z niespotykaną głębią - mnie, co przez lata czułem się jak cień!Godzinami rozmawialiśmy o życiu w ukryciu przed tym życiem. Ona słuchała, obdarzała zaufaniem, sama mówiła, otwierała duszę. Dotykała mojej właśnie tam, gdzie tego potrzebowałem i właśnie tak, jak zawsze zdawało mi się, że lubię ale nie miałem nigdy okazji spróbować - delikatnie, a zarazem głęboko. Pozwalała mi odwdzięczać się tym samym, była zawsze, kiedy wołałem chcąc tego samego w zamian - bym i ja po prostu był. Nie oceniała, nie dusiła w zarodku marzeń, wspierała, otworzyła horyzonty, pokazała świat na nowo - świat, co zdawał się szary, a nagle zaczął mienić się barwami. A seks? Seks Mirki, to już była poezja sama w sobie, garderoba po sufit wypełniona szpilkami, co służą tylko do łóżka, sprośne akcesoria, fikuśne zabawki, łóżko, parapet, podłoga, ogród, środek jeziora, imprezy w hotelach oświetlonych neonami namiętności, przyjaciółki... Ale to nie była tylko istota cielesności, to była jedynie wisienka na torcie tego święta duszy i ciała, co budziła we mnie dawno uśpionego mężczyznę. To wszystko nie trwało długo, ale było tak intensywne i tak bardzo do przeżycia, że każdy dzień, godzina czy nawet sekunda spędzona razem wypaliły się pod powiekami jako powidoki wieczności.Mam czterdzieści pięć lat choć tak naprawdę świętuję czwarte. W tym czasie schudłem ponad 25 kilo, wróciłem do pasji, do hobby, znów wyglądam jakbym miał trzydzieści. Czuję się młody, silny, atrakcyjny. Spełniam marzenia, których bałem się dotykać. Żyję wspaniale. Bez żalu do życia, do żony, do siebie. W domu jest tak jak być powinno. Jest dobrze, moi Mircy i tego właśnie Wam życzę: byście byli szczęśliwi i żyli dla siebie. Bo życie czasem zaskakuje w najmniej oczekiwany sposób.#wyznaniazdupy #gownowpis #zwiazki #malzenstwo #logikaniebieskichpaskow #zdrada

