Mirki, mój wieloletni związek rozleciał się przez kwestię mieszkania, zadręczam się tym okrutnie i bardzo zależy mi na poznaniu zewnętrznej opinii na to co się stało.Kontekst:Jesteśmy z tego samego małego miasteczka na głębokiej prowincji i znaliśmy się od czasów nastoletnich, standardowo na studia wyruszyliśmy do wojewódzkiego miasta i tam nasze ścieżki się splotły choć już później, tj. już po ukonczeniu nauki, w trakcie pierwszych lat pracy zawodowej. Ona miała w tym 'studenckim' mieście od początku swoje dwupokojowe mieszkanie (jakieś ~35m2) po dziadkach, ja żyłem na wynajmowanych pokojach i finalnie po roku zwiazku przeprowadziłem się do niej.Mieszkaliśmy razem 3 lata, w pewnym momencie stało się jasne, że przy hybrydowych modelach pracy po prostu się tam przestajemy mieścić z rzeczami potrzebnymi na codzień do życia i pracy, nie mówiąc o przestrzenii na jakieś dodatkowe rzeczy zwiazane dodatkowymi aktywnosciami np. górskie czy rowery czy cokolwiek. We wspólnym planie na życie były też dzieci i tu już w ogóle przestrzenii na to nie było. Koszty życia na dwie osoby były znikome ale potrzebna była perspektywa coś większego, takie docelowe mieszkanie do życia i tu zaczął się kłopot.Partnerka powiedziała wprost - "ja mam gdzie mieszkać i Ty też z tego korzystasz, ceny nieruchomości są kosmiczne, w żaden kredyt na 30 lat czy na resztę życia pakowała się nie będę. Zarabiasz dużo (wtedy znacznie więcej od niej), jeśli chcesz coś większego to będziesz w stanie to ogarnąć, ja mogę Ci pomóc szukać na rynku wtórnym albo pierwotnym, oglądać z Tobą i pomóc z projektem wykończenia."Mówiąc to wiedziała, że przynajmniej na jakiś ten wkład własny mnie chyba stać, bo miałem po paru latach pracy wystarczające oszczędności.Próbowałem coś znaleźć, serio. Jeździłem, oglądałem, chodziłem po bankach i doradcach finansowych. Jednak w moim zasięgu finansowym i komforcie psychicznym związanym z z wysokością ewentualnej raty nie było niczego w lokalizacji lepszej niż jej M2, tak naprawdę w grę wchodziły tylko dalekie peryferia z których podróż do jednej i drugiej pracy wymagałaby pewnie ponad godziny w szczycie. Niedoszły teść zaproponował, że pokryje mi bezzwrotnie dodatkowe 10-15% wartosci nieruchomości do zwiększenia wkładu własnego żebym tylko wziął coś w lepszej lokalizacji i co ciekawe nie chciał absolutnie nic w zamian, żadnej umowy, żadnego wpisu w KW itd. Autentycznie wierzę, że chłop chciał dobrze. Jednak cały temat kredytu i rat byłby nadal tylko i wyłącznie po mojej stronie. Dla jasności, moich rodziców nie byłoby stac na dorzucenie mi czegokolwiek.Po długiej walce z samym sobą nie zdecydowałem się na zakup i kredyt chociaż pewnie bym to dźwignął (gdyby się nagle coś złego nie wydarzyło). Po prostu nie mogłem znieść tego, że bardzo duży finansowy ciężar organizacji miejsca do wspólnego życia został przez partnerkę zrzucony całkowicie na mnie. Odebrałem to jak próbę zrobienia z naszej relacji jakiejś transakcji. W ostateczności zaproponowałem jej powrót na naszą prowincję, tam byłem w stanie ze zdecydowanie mniejszym kredytem ogarnąć mieszkanie nawet i 100-120m2 (gdyby nadal teść się dorzucił) ale propozycja została przez nią stanowczo odrzucona jako szaleństwo.I tyle. Związek przetrwał jeszcze trochę ponad rok. Ona zdania nie zmieniła, ceny odleciały jeszcze bardziej. Żyliśmy normalnie, powiedziałbym nawet że "na bogato" ale nie widziałem żadnej wspólnej perspektywy bliższej lub dalszej, nie byłem w stanie wynegocjować żadnego planu czy decyzji co robimy dalej z życiem. Ot taki YOLO rok w próżni, praca, wakacje, netflixy, gotowanie, restauracje, aperole, seks, lego, gry, życie w permanentnym burdelu dookoła pośród pudeł, kabli i regalów zawalonych po sufit. Chociaż robiłem wszystko żeby spędzać tam jak najmniej czasu to nie udawało mi się zazwyczaj wyciągać jej żeby porobić 'na zewnątrz' coś razem. Znalazłem nawet lepiej płatną pracę żeby po prostu "podtrzymać" zdolność do wykonania wcześniej opisanego manewru zakupowego. Mialem nadzieję, że coś się może zmieni z czasem ale nic takiego nie miało miejsca. W desperackiej walce z samym sobą myślałem nawet żeby się oświadczyć, bo widziałem w tym chyba jedyną potencjalną szansę, że ją jakoś to odblokuje i będzie chciała jakoś zaplanować przyszłość ale gwarancji na to nie bylo na to żadnej.Odszedłem. Wyprowadziłem się z powrotem na moją prowincję, kupiłem sobie to cholerne M3 praktycznie z samych oszczędności. Wróciło mi na życie, wróciły dawne hobby, wróciła chęć do nauki, chęc na sport, odnowiłem nawet jakieś dawne znajomości. Czy tu kogoś znajdę? Nie wiem. Po prostu tu żyję i się nie zadręczam. Może tu kogoś poznam, może nie, ewentualnie trzeba będzie zaakceptować życie z kims mniej zgodnym pod względem charakterów, wyglądu itd. Zobaczymy chociaż wiem, że z wiekiem 30+ będzie co raz trudniej.Mirki i Mirabelki, dobrze zrobiłem?#zwiazki #logikaniebieskichpaskow #logikarozowychpaskow

