Czytałem parę dni temu wpis Mireczka, którego matka emerytka mieszka na wynajmowanym, bo ojciec przewalił mieszkanie za długi. Myślałem, że tylko moi rodzice byli niedoyebani, ale jak widać jest takich boomerów więcej.Moi starzy to roczniki powojenne. Oboje z rodzin, w których mężczyźni poumierali szybko. Były same kobiety, które dużo nie ogarniały i nie pracowały. Brak zaradności, bieda.Ojciec mieszkał w powiatowym, matka na wiosce 30 km dalej. Ślub w latach 70, gdy oboje mieli 28 lat. Nie wiedzieli, jak załatwić sobie jakieś mieszkanie, żadne nie założyło książeczki mieszkaniowej. W efekcie przez pierwsze 3 lata małżeństwa każdy mieszkał u swojej matki i dojeżdżali.W końcu załatwili sobie mieszkanie komunalne w starej kamienicy. Dwa mieszkania połączone w jedno, więc układ z pokojami przechodnimi w kolejności - przedpokój, kuchnia, pokój, drugi pokój, łazienka. Rudera, wiec sami remontowali od podstaw, bo ojciec w międzyczasie nauczył się budowlanki.Dzieci mieć nie chcieli. Założyli książeczkę mieszkaniową w spółdzielni będąc sporo po trzydziestce. Po kilku latach odkładania stwierdzili, że w zasadzie po co mają na to płacić, skoro już mają komunalne, które sami takich wysiłkiem remontowali. Ojciec powiedział, że swojego dzieła nie zostawi. Książeczkę zlikwidowali, kasę wypłacili i pojechali za nią na wakacje do Bułgarii. Za komuny żyło im się dobrze. Oboje pracowali, ojciec dostał w dzierżawę od miasta działkę w pobliskim ośrodku wypoczynkowym nad jeziorem. Zbudował drewniany domek letniskowy. Ja urodziłem się z wpadki, gdy oboje byli już po czterdziestce. Ojciec był bardzo tym faktem niezadowolony. Krótko po tym komuna upadła, oboje stracili pracę. Matka już nigdy do pracy nie poszła, ojciec robił dorywczo.W końcu pojawiła się opcja wykupu na własność działek letniskowych za ułamek wartości. Wszyscy, czyli ponad 50 dzierżawców, wykupili, tylko mój ojciec się sprzeciwiał. Bo po co ma płacić taką dużą kwotę, skoro to nic nie zmienia. I tak będzie użytkował tę działkę, więc woli płacić jakieś grosze raz do roku za dzierżawę. Pojawiły się spiny z resztą działkowców, bo zawiązali wspólnotę, ustalili kwoty do płacenia za śmieci, utrzymanie dróg, placu zabaw itp. Ojciec nie chciał się dokładać, bo twierdził, że to gmina powinna, on tylko dzierżawę płaci. Gmina miała w dupie. W efekcie skłócenie ze wszystkimi, brak możliwości wyrzucania śmieci (trzeba było wozić je do domu 5 km, albo wyrzucać w nocy po kryjomu). W tym samym roku pojawiła się możliwość wykupu mieszkania komunalnego. Historia ta sama - po co płacić dużo, skoro płacę sobie mało miesięcznie. Oboje wtedy przeszli na rentę, bo stan zdrowia im nie pozwalał pracować. Przyszła bieda na tyle, że ja mając 15 lat musiałem chodzić dorabiać zbierając agrest, truskawki, wrzucając węgiel do piwnic. Regularnie chodziliśmy całą rodziną nocami po śmietnikach szukając jedzenia i innych rzeczy. Nawet stary chleb brali i wycinali choćby 1 cm, który nie był pokryty pleśnią.W efekcie w ciągu jednego roku przyszły pisma, że skoro nie skorzystali z możliwości pierwokupu mieszkania i działki, to jedno i drugie zostało sprzedane innym osobom. Nowy właściciel mieszkania kazał wypierdalać. Nowy właściciel działki to samo. Ojciec nie pomyślał, że może wziąć pieniądze za sam domek. Oddał go za darmo coś, co sam budował, bo sądził, że tak trzeba. Mieli stary samochód. Jak się zapisałem po osiemnastce na prawo jazdy, to stary oddał samochód za darmo mojemu kuzynowi, bo matka nie chciała, żebym to prawko robił. Za młody, jeszcze coś mi się stanie, mam robić za kilka lat. Kuzyn tydzień później się rozbił tym autem i zginął.Wynajęli mieszkanie od prywatnej osoby, cała jedna renta szła na rachunki. Matka wiecznie płakała, że dlaczego to tak wyszło i gadała ojcu, że ma coś zrobić i znaleźć rozwiązanie z tej sytuacji. Ojciec myślał, myślał i wymyślił - popełnił samobójstwo. Sytuację sobie rozwiązał, ale zrzucił wszystko na mnie i matkę. Pracowałem na czarno, żeby ją utrzymać. Za granicę nie mogłem wyjechać, do dużego miasta też nie, bo bała się i do dziś się boi zostawać sama beze mnie.Dziś mam 36 lat, pracuję za minimalną w kołchozie w powiatowym, mieszkam z matką emerytką w mieszkaniu wynajmowanym od dwudziestolatków, którym w ten sposób spłacamy kredyt na budowę domu. Sama sobie nie poradzi, bo czynsz to większość jej emerytury, a niczego też nie umie załatwić. Z miasta nie wyjedzie, bo "starych drzew się nie przesadza". Byłem dwa razy przez agencję w magazynie w Niemczech, ale matka tak to przeżywała, że w końcu wylądowała w karetce z arytmią. Starałem się o kredyt na mieszkanie, ale miałem za mały wkład własny i umowę o pracę tymczasową z miesiąca na miesiąc, której banki nie chcą.Nie szukam porady, po nie widzę już żadnych możliwości. Chciałem tylko wyrzucić z siebie frustrację. Jeśli wyjadę, zajmę się swoim życiem i porzucę matkę, to będę ją miał na sumieniu. Jeśli chcę się jednak jakoś starać o własne mieszkanie, to tylko z myślą o niej w tym powiatowym i pewnie czeka mnie życie z nią do śmierci. Mojej lub jej. A potem to nie wiem.#przegryw #przegrywpo30tce #depresja #zalesie

