Tl;dr nie wiem jak przeprosić kogoś ważnegoJak byłem kiedyś sam jak palec bez przyjaciół w czasach szkolnych, to zdarzył się taki jeden na tyle szalony (mądry) gość co chciał spróbować koleżeństwa ze mną na przekór wszystkich i przekonać się czy siedzenie w jednej ławce z kimś takim rzekomo złym i najgorszym jak ja będzie prawdą. Okazało się zgodnie z rzeczywistością, że totalnie nie było prawdą i był jedynym człowiekiem którego mogłem za życia nazwać że to była przyjaźń. W ogóle mogłem się dowiedzieć jak to wygląda. Zawdzięczam mu normalne wspomnienia. Przede wszystkim to że nie ważne jakby mnie wyśmiewali to on chyba we mnie wierzył i nie wyśmiewał. Patrzył się chyba na mnie jako na niesłusznie traktowanego i uważał że jestem spoko. Typ był/jest pewny siebie ale nie psychopatyczny. Z tego co widzialem to też po sytuacji z domu i sposobie wychowania.Ogólnie sprawa ma się tak, że srogo dałem dupy z tą przyjaźnią. Wyjechałem do liceum, to nawet nie wiem czy gadaliśmy coś więcej. Było to dla mnie nowe rozdanie, nawet udane. Odżyłem. Potrafiłem podjechać do niego podczas studiów po latach, i dalej to był ekstra ziomal. On radzi sobie w życiu lepiej ode mnie, ale nie to że ma jakieś miliony (choć życzę mu zdrowia i tego też) tylko ja jestem przegrywem, a on całkiem nie. Nawet można stwierdzić że na wiochy w których się wychowaliśmy, to że nie. A na tyle co znam jego charakter to gość jest w moich oczach uberczadem.No i przechodząc do sedna. Ja w sumie relacje przyjacielską (i nie zmieniam tego śmieszki) miałem tylko z nim chyba. Nie umiem pielęgnować relacji. No jestem fobik.Nie wiem czy mi było ciężko, ale kurde on nie poszedł na studia. Mimo tego że nie, to pracę na wypizdowiu zdobył całkiem niezła, bryką jeździ niezłą jaką mu się podoba a żonkę ma bardzo niezłą młodą i ładną, rodzeństwo i kuzynostwo. Miał może możliwość z czegoś zrobić coś. I powinienem mu sprawić, aby cokolwiek było mu lżej, żeby mógł zrobić jeszcze coś bo mu się po prostu należy za to co dla mnie zrobił, totalnie bezinteresownie na czas kiedy jest się młodym.Ja go po prostu szanuję i podziwiam. No i odjebałem (sprawę wiadomo, życia i śmierci dla mnie co najmniej choć jednak), że przy zaproszeniu na jego ślub go wystawiłem. Szukałem usilnie pary ale mimo zawirowań końcowo nie miałem jej, a przestraszyłem się iść sam. Mam po gnębieniu w szkole zaburzenia lękowe dalej w dorosłości. Chodziło o to że miałem wygrać w życiu z lękami, wplywem na mnie od rówieśników ze szkoły, a z braku dyscypliny nie wygrałem. W zestawieniu oczekiwań z rzeczywistością się rozpadłem i załamałem, schowałem w domu. Dzień przed mu to odwołałem, nie zapłaciłem za siebie, nie zwróciłem mu tego, nie przyszedłem choć namawiał, nie bawiłem z nim się i nie widzialem go w tak ważnym dniu. Szczególnie że na wypierdówie gdzie się wychowalismy on sobie poradził. Jest silny. No i tak minęły ze dwa lata już gdy się wstydzę nawet odezwać i przeprosić co nie. Bo zacząłem myśleć. Że tego już łatwo nie dam rady załatać. Że teraz to jak chcesz z takim gościem gadać, to żebyś był zdolny sam kobietę sobie znaleźć i żeby to była taka ślubu warta. Ale nie umiem bo ja, to jestem melepeta. Wiem że pewnie powiecie że chłopie co ty odwalasz, ale gość musiał o mnie pomyśleć jak o skrzyżowaniu muslimskiego pojeba z upośledzonym oposem. No mam nadzieję przynajmniej że tak pomyślał bo tak się czuję i wcale mu nie odbieram. Nawet jakby mi zajebał za to bym mu za złe nie miał (czego nie zrobi bo jest w chuj dobrym ziomkiem). Ja bym mu nawet 2x więcej hajsu oddał przy tym zaproszeniu na mój ślub albo jako że by się nie zgodził to bym jemu i jego żonie nie wiem, sprezentował wakacje na 2tyg albo wycieczkę czy coś takiego. Ale mojego ślubu (nie stricte ślubu bo o niego nie chodzi wiadomo, tylko moją umiejętność radzenia sobie) nie będzie. Jesteśmy już po 30 oczywiście, te sprawy. Jasne, można zmienić trwale psychikę (nawet już raz mi się zmieniła), i zmienić życie ale no, nie wiem, może jeszcze to przede mną jest.Ściana tekstu, więc, pytanie - co teraz zrobić? Przecież ja na jego miejscu bym mnie nie chciał znać. On pewnie ma ze mnie breche trochę, ale też czuje się urażony że się tak zachowałem i nie odzywam. Z kolejnej strony ja turbo wstydzę się odezwać bo jestem pajac. Ja serio byłem w tym transie do tej pory że mu się na oczy nawet nie będę pokazywać i nie będę mu przeszkadzać. Ja mu coś jeszcze zepsuje a to ostatnie co bym chciał. Wiecie, przegryw. Fatum, klatwa. Typ powinienem piąć się ku górze więc ja odsunąłem się w cień żeby go czasem nie splatąć. Macie jakieś rady? Co zrobić w takiej sytuacji? #pytanie #zwiazki #zycie

