#psychologia #problem #psychoterapia(To co poniżej napisałem, to jest moje lekkie przygotowanie do pierwszej wizyty u psychoterapeuty. Postanowiłem w sumie, że te myśli spiszę tutaj na wykopie jako anonim. Jestem ciekawy co mi napiszecie/co poradzicie w takiej sytuacji. Tak wiem, powiecie pewnie "Wyjdź do ludzi", czy "ok oski". Problem jednak nie polega na tym, bo chciałbym wyjść do ludzi i nawet wychodzę, tylko nic z tego nie potrafi wyniknąć.)Mam problem. Mianowicie nie potafię nawiązywać nowych relacji. W sytuacjach rozmowy z nowo poznanymi ludźmi nie potrafię wchodzić w normalną rozmowę, ciągle mnie coś blokuje. Jak powiedzmy trwa rozmowa na jakiś temat, to mimo iż chciałbym się jakoś wtrącić, to blokuje mnie myśl czy to co powiem ma sens i biję się z myślami czy to powiedzieć, a gdy w końcu się zdecyduję, to temat już dawno mija i dochodzę do wniosku, że nie ma sensu do tego wracać. Najbardziej przeszkadza mi to, że jeszcze bardziej spotęgowane jest to w sytuacjach z dziewczynami. Mam 27 lat i nigdy nie byłem w żadnym związku, chociaż były momenty w moim życiu, że trafiała się osoba, z którą dochodziło do momentu, że fajnie mi się rozmawiało, uważałem, że coś do niej czuję, od innych osób nawet dostawałem infomację, że ta dziewczyna zwierzała się, że ona do mnie też, ale mimo wszystko nie potrafiłem przełamać tej bariery wyłożenia na stół swoich uczuć, pociągnięcia tego w jakiś sposób. I tak mijają lata, a ten stan się tylko pogłębia. Znajomości które zdobyłem w wieku nastoletnim, czy wczesnej dorosłości dalej w jakiś sposób istnieją. Ale z racji skończenia studiów, rozpoczęcia pracy, porozjeżdżania się w różne strony Polski najzwyczajniej w świecie rzadko jest możliwość spotkania się i czuję, że dopada mnie samotność. Moje życie toczy się tak, że wstaję rano, idę do pracy, wracam do mieszkania, z racji tego, że ćwiczę na siłowni to te 3-4 razy w tygodniu wychodzę, ale tam też z racji mojego problemu nie potrafię nikogo poznać, bo boję, a nawet w sumie nie mam ochoty się do nikogo odezwać. Pamiętam, że w okresie dzieciństwa nie byłem taki wycofany. Co prawda nie byłem nigdy jakąś przesadną duszą towarzystwa, a w szczególności towarzystwa, w której znajduje się dużo nieznanych mi osób, ale jednak potrafiłem się odezwać, nawiązać jakieś nowe znajomości na dłuższy czas. Problem zaczął się w okresie licealnym, a raczej po zmianie szkoły między 1 a 2 liceum. Od tego czasu znajomości które nawiązałem, nawiązałem poprzez zadawanie się w grupie, w której były osoby które znałem już wcześniej. Na studiach też byłem można powiedzieć takim odludkiem. Mimo niewielkiej grupy na zajęciach ludzie jakoś się zaczynali integrować, rozmawiali na przerwach. Ja w tym czasie wychodziłem się przejść, bo z jakiegoś powodu obawiałem się do kogokolwiek odezwać, a po zajęciach wychodziłem ze znajomymi i ich nowymi znajomymi ze studiów na piwo.Wyjątkiem w tym wszystkim, osobą którą poznałem sam był kolega którego poznałem w trakcie liceum w nowej klasie, w sumie ten kolega stał się moim jedynym przyjacielem, do tej pory jest osobą z którą najwięcej czasu rozmawiam, najlepiej się rozumiemy, bo mamy podobne charaktery, nawet pod tym względem o którym piszę. Tylko jest w tym wszystkim pewna różnica. On już trakcie studiów zaczął pracę w naszym wspólnym zawodzie, a mianowicie jako programista, znalazł dziewczynę (z tego co mi opowiadał miał takie blokady, jak ja, ale zdołał je przełamać), założył rodzinę i funkcjonuje dużo lepiej niż ja.Kontynuując temat pracy. Zawsze chciałem być programistą. Jak skończyłem szkołę średnią zacząłem uczyć się intensywnie w kierunku, w którym chciałbym pracować. Po roku/dwóch wiedziałem, że byłbym w stanie znaleźć już jakąś pracę, nawet jeśli miałby to być jakiś słabo płatny staż, żeby się tylko wkręcić do zawodu. Miałem jednak obawy, że sobie nie poradzę, że mi się nie uda, że lepiej abym poczekał, bo mam czas. I tak mijał okres studiów i jak na ostatnim roku postanowiłem składać CV okazało się, że rynek stał się przesycony, na jedno miejsce pracy CV składało średnio 150-200 osób i moje zgłoszenie znikało w gąszczu innych, lepszych. Dołowało mnie to, że nie uda mi się nic znaleźć i będę zmuszony pracować w zawodzie którego nie polubię. Szczęśliwie stało się tak, że po kilku miesiącach na stażu w trochę innej dziedzinie, marketingu internetowego zgłosił się do mnie znajomy ze studiów, któremu w sumie uratowałem z zaliczeniem z jednego przedmiotu, bo inaczej prawdopodobnie by nie zdał, czy nie szukam może pracy, bo mają wolne miejsca, no i tak udało się wkręcić. No i tak się to kręci, że mimo iż pracuję w zawodzie, w którym chciałem pracować, nie widzę specjalnego sensu w moim życiu bo siedzę sam, w biurze mało się odzywam mimo tego, że jest nas w nim mało, bo zaledwie 8 osób, w tym nasza trójka poznana na studiach no i doskwiera mi samotność.

