Pierwszy raz używam tego "narzędzia", dużo ostatnio myślałem nad swoim życiem i postanowiłem dodać to wyznanie w formie anonimowej. Jeśli jakiś znajomy przypadkiem to przeczyta, zapewne skojarzy że to o mnie chodzi.Niedługo kończę 29 lat i będzie to kolejny zmarnowany rok mojego życia. Zacznę od początku. Moje dzieciństwo było ok, mam oboje rodziców żyjących w związku małżeńskim, ale niestety widzę to tak, że żyją oni tylko razem już chyba z przyzwyczajenia... Moja mama od zawsze chciała dla mnie jak najlepiej, zawsze starała się abym dobrze się uczył, pomagała w szkole itd. Tylko, gdy coś mi nie poszło to darła się na mnie itd. Zawsze się o mnie bała. Gdy byłem w klasie maturalnej nie mogłem wyjść do kolegi z bloku obok i posiedzieć nie dłużej niż 22:00 - od razu telefony żebym wracał do domu bo mi łeb urwie. Nawet na studiach tak było. Tata starał też się pomagać, lubi czytać, więc zawsze czytałem z nim lektury, szczególnie takie cegły jak "Krzyżacy". Niestety tata dzisiaj wygląda i zachowuje się przez większość czasu jak typowy robol/ stoczniowiec - zapierdala cały dzień pracę siłową jako mechanik, nie zarabia dużo, a codziennie wraca podchmielony. Matka na niego wrzeszczy, wiadomo, że pił itp. a on przychodzi zmęczony, idzie się umyć, zje obiad i w sumie nie ma na nic siły i idzie niedługo spać. Tak wygląda jego dzień. Jak chodziłem do podstawówki, matka zawsze tłukła ojca - no jakieś plaskacze - wyzywała itd. Dzisiaj jeden telefon i matka by była zamknięta w jakimś zakładzie czy coś. Patologia jak się patrzy, chociaż ja tego nie widziałem, próbowałem jakoś o tym nie myśleć. Mama zawsze zarabiała więcej od taty, dziś ojciec przynosi do domu co miesiąc wypłatę 4k (jak jest dobry miesiąc, jak nie to 3k i mówi że doniesie, ale nigdy tak chyba nie było). Na pewno zarabia więcej, bo ma kasę na papierochy i alkohol, z którym ma problem, ale nie chce się do tego przyznać, chociaż wszyscy o tym wiemy. Tata jest dobrym człowiekiem, ale ma takie życie a nie inne, w weekendy jest inny, fajnie się z nim gada, jest "normalny". To teraz trochę o mnie. Z natury mam cechy introwertyka, nie lubię chodzić na imprezy, stronię od alkoholu (nigdy nie byłem pijany), papierosów itp. Od dziecka za to zawsze lubiłem coś podjeść, jakieś słodycze czy co innego. Zawsze mówili że jestem gruby, chociaż patrząc na zdjęcia ze szkoły to całkiem normalny, jak inni. Z nauką jak wcześniej pisałem, nie było problemów zawsze tip top, bo się bałem matki. W gimnazjum panowała atmosfera wyścigu szczurów, więc każdy chciał być najlepszy. Zawsze na świadectwie pasek itp. Od czasów liceum mniej zwracałem na to uwagę, nie było już takiej presji, sam z siebie chciałem się w miarę dobrze uczyć, bez presji rówieśników, ani ze strony mamy. W 3 klasie byłem już większy i ważyłem chyba 110 kilo. Matura poszła ok, dostałem się na politechnikę, ale tam totalnie olałem naukę i utrzymałem się ledwo rok. Zmieniłem uczelnię, tę zdałem trochę się ucząc, trochę na ściągach, więc dużo mi w głowie z tego nie zostało, szczególnie z przedmiotów najtrudniejszych (kierunek telekomunikacja). Pierwszy stopień przeszedłem bez większych problemów, stopień inżyniera uzyskany. W porównaniu do liceum jestem jeszcze bardziej spasiony. Następnie znów zmieniłem uczelnię, spróbowałem magisterki na kierunku Informatyka (tak bardzo dobry pomysł iść na to, znając tylko podstawy C# poznane na inżynierce). Odziwo pierwszy semestr poszedł prawie idealnie same 4 i 5, nie zdałem jednego przedmiotu który był za 7 ECTS, a próg na 1 semestrze to max 3 ECTS, więc już kolejny rok zmarnowany wliczając w to politechnikę. Zaczęła się pandemia. Potem wróciłem na starą uczelnię, ale na wydział zarządzania, fajny był kierunek "Biznes Elektroniczny" - trochę ekonomii, trochę informatyki. I po dwóch latach (z czego większość to zajęcia online, dopiero 4 semestr już był normalny) tytuł magistra (nie, nie magistra inżyniera, z tego co wiem to w takim wypadku to się nie łączy). Widać że pandemia mnie dowaliła, bo jestem spasły jak świnia - zero ruchu, siedzenie przy kompie i żarcie często niezdrowo i dużo.Jest rok 2022, koniec sierpnia, właśnie obroniłem ten tytuł magistra. Studiowałem od 2014 roku, w tym 2 lata zmarnowane. Szukam pracy, nic. Jeden znajomy załatwił mi pracę w archiwum jako domyślnie tymczasową, żebym szukał lepszej. 2023, marzec udało się, dostałem pracę jako admin sieci u "prywatnego" dostawcy sieci ( po prostu jakiś lokalny, a nie np. Vectra), gdzie pracodawca dobrze wiedział że zatrudnia osobę prawie nie mającą o tym pojęcia. Tak mam z tego inżyniera, lecz ściągi zrobiły swoje. Plus prowadzący zajęcia które miały jakikolwiek związek z sieciami i telekomunikacją, skutecznie zniechęcał studentów do uczenia się tego, poprzez wyzywanie, rzucanie co chwilę kurwami. Generalnie wywołując u każdego PTSD gdy pomyślał o sieciach. W pracy głównym zadaniem było rozwiązywanie bieżących problemów z u klientów. Szef nie wierzy w ZUS, twierdzi że upadnie, więc chce dać pracownikowi więcej niż miałby to "wyrzucać w błoto". Miałem dwie umowy, 1/8 etatu, żeby jednak płacić zus, ale jak najmniejszy, a resztę z umowy o dzieło czy jakoś tak. W sumie na rękę 4k. Po 1 miesiącu "próbnym" kontynuowali ze mną współpracę. Po kolejnych dwóch miesiącach w końcu zacząłem dobrze ogarniać to co miałem robić i byłem zadowolony że jestem samodzielny i nie muszę się o nic nikogo pytać. Pragnę napomknąć że nie miałem żadnego kursu, szkolenia, nic. Sam musiałem wszystko poogarniać od 0, wszystkich się pytać co i jak ( w końcu nie chcę czegoś jeszcze bardziej spieprzyć u klienta niż ma). Koniec lipca 2023, spytałem o urlop, po tygodniu dostałem zgodę. Następnego dnia po otrzymaniu zgody zostałem poproszony na rozmowę z szefem i jego przydupasem. Powiedzieli wprost, że niestety musimy się pożegnać, bo dostali feedback że "za wolno pracuję".Koniec kropka. Nigdy wcześniej nie dostałem żadnej uwagi w stylu "słuchaj, ogarnij się trochę, bo już powinieneś to szybciej robić itp". Nie. Pierwszą i jedyną uwagę dostałem w dniu kiedy mnie zwolnili. Tak o. Pracowałem razem z dwoma innymi adminami, jeden pracował miesiąc dłużej ode mnie a drugi już chyba rok. Pracowało mi się z nimi miło, wiedzieli że potrzebuję się nauczyć, byli bardzo cierpliwi i pomocni, więc nie podejrzewam że to oni mnie podsadzili, nawet sami byli zdziwieni tą sytuacją. Na koniec szef zadawał pytania typu "Ale co, spodziewałeś się tego zwolnienia?" "A jaki masz feedback dla nas, czego ci brakowało?" Kurwa szkolenia xDNo, więc tak się skończył lipiec 2023. Ja jeszcze bardziej ulany i zniesmaczony życiem. Od tego czasu minął rok. Nic nie zrobiłem ze swoim życiem, poza marnowaniem go. Nigdzie nie wychodzę, siedzę w domu przed kompem, czasem spojrzę na oferty pracy, czasem wyślę CV. Wracając do początku, "Niedługo kończę 29 lat i będzie to kolejny zmarnowany rok mojego życia". Do tego dodać że ważę chyba z 200 kilo, nie mogę przejść 100 metrów bez zadyszki, czasem mam myśli żeby to skończyć, ale jakby to powiedzieć, przelotne, nie rozmyślam nad tym. Po prostu przychodzi mi taka myśl do głowy i od razu znika, nigdy nie odebrałbym sobie życia. Całe życie mieszkam z rodzicami (duh, w życiu przepracowałeś może pół roku, więc za co niby miałbyś sam żyć). Nigdy nie miałem dziewczyny, jestem typowym przegrywem i piwniczakiem. I..... I co dalej? Ostatnio długo myślałem nad tym w jakim momencie życia jestem, co osiągnąłem, czego nigdy nie poznałem i nie poznam. Głęboko się zastanowiłem czy chcę za rok, w 30 urodziny dalej być i żyć w takim niebycie? Doszedłem w końcu do momentu kiedy postanowiłem napisać ten tekst. Żeby "komuś" to powiedzieć. I chyba teraz dopiero rozumiem sens tych wyznań. Jakoś mi trochę lżej. Po tych wszystkich przemyśleniach chcę zmienić swoje życie, na pewno zaczynając od pozbycia się tej utuczonej świni, którą codziennie widzę w lustrze. Chciałbym przez ten rok dojść do stanu co najmniej sprzed pandemii, gdzie co prawda byłem ulany, ale nie tak że brzuch wylewał mi się za pas. Gdzie mogłem przejść normalnie duże dystanse. Gdzie nie mam zadyszki co pół minuty. Chociaż to i aż tyle to. W międzyczasie znaleźć pracę, żeby zejść rodzicom z głowy. Nie można tak żyć. Mam nadzieję, że się szybko nie zniechęcę i wytrwam w tym. Pewnie wiele osób zastanawia się jak można doprowadzić się do takiego stanu. Można, gdy je się dużo i niezdrowo. Gdy masz tak zryty beret że nie możesz się powstrzymać żeby czegoś nie zamówić na dostawę. Na ten moment chcę sam się zmierzyć z tym problemem, zawsze gdy była mowa o operacji bariatrycznej, myślałem że to ostateczność, że sam jakoś dam radę. Dzisiaj zastanawiam się czy po prostu tego nie zrobić. Największy mój wróg to apetyt i niedosyt. Nie konsultowałem się z nikim na poważnie w tej sprawie, jedyne co to czytałem o tym, że dzięki temu prawie w ogóle nie ma się apetytu, sam fakt że ma się mniejszy o wiele żołądek sprawia że wystarczą bardzo małe ilości jedzenia aby być najedzonym. Nad tym muszę pomyśleć. Może osoby po tym zabiegu mogą doradzić, podzielić się jak to wygląda?#przegryw #samotnosc #depresja #motywacja #rozwoj #rozwojosobisty

