Opublikowane
Chcecie wiedzieć z psychologicznego punktu widzenia co powoduje, że zakochujemy się w drugiej osobie, a ona w nas? Oczywiście oprócz wyglądu i feromonów, wbrew temu co tu piszecie - owszem liczy się charakter, ale nie tak jak to twierdzą #pua #redpill owcy paplaniną o jakiejś ramie czy dominującym charakterze. Tak bo redpill == pua. A więc przyczyn przez które ciągnie nas do innych i tych innych ciągnie do nas należy doszukiwać się we wczesnym etapie naszego dzieciństwa i relacji z naszymi rodzicami płci przeciwnej. Np. jeśli twoja matka była chłodna, niedostępna, olewała cię, to w dorosłym życiu będzie cię ciągnęło do takich właśnie kobiet. Jeżeli jakaś różowa wychowywała się z ojcem pijakiem, który ją bił, to będzie ją ciągnęło do właśnie takich facetów. Natomiast jeśli ojciec był dobry i opiekuńczy, ale rodzice się rozstali gdy ona była mała, to będzie szukać facetów, którzy będą mili, ale w końcu jà opuszczą. Tak działa nasza psychika, która kształtuje się na wczesnym etapie naszego dzieciństwa (tak do 6, 7 roku życia). Jeśli chcecie coś więcej się o tym dowiedzieć, to zapoznajcie się ze szkockim psychanalitykiem Ronaldem Fairbairnem i jego teorią relacji z obiektem (obiektem są rodzice).#takaprawda #przegryw #blackpill #redpill #psychologia #rozowepaski #niebieskiepaski
113

Akcje

Otwórz wpis na wykop.pl
Klucz publiczny:

clne9jxer01a70m45sf250r3s

Dodane: 6 października 2023 - 09:06:52
Opublikowane

Autor był widzianyprawie 3 lata temu

Dyskusja

Rejestr odpowiedzi mirko.pro (7)
mirko_anonim
Opublikowane
Do zakochania wystarczy że wyślesz sygnał akceptacji do drugiej osoby i ona go odbierze i odeśle że też akceptuje i już masz zasadzone ziarno. Zobacz sobie jak ludzie zakochują się w osobach których nigdy nie widzieli na żywo bo w głowie sobie emulują ten sygnał akceptacji i tworzą różne historie :D, to działa na żywo identycznie, tylko jeżeli będą was poróżniać jakieś rzeczy to będziecie się oddalać od siebie i łańcuch zostanie zerwany, nie porozumienia wynikające z różnych warunków wychowania mogą mieć wpływ dopiero w późniejszych etapach znajomości, dlatego jak się udaje przed kimś dużo rzeczy od początku to potem wszystko się wali bo nie jest tak jak miało być XD.
Moderator mkarweta
Anonimowy użytkownik
mirko_anonim
Opublikowane
@N0vember: „gdzie się podziało moje dzieciństwo.”
Moderator mkarweta
Autor anonima
mirko_anonim
Opublikowane
@gejuszmapkt: @N0vember: wrzuciłem fragment w dwóch wiadomościach, skopiujcie je sobie do worda, zapiszcie w pdf i odłuchajcie.
Moderator RamtamtamSi
Autor anonima
mirko_anonim
Opublikowane
Cz. II
Dokonujemy
cudów, by uszczęśliwić smutną, wycofaną dziewczynę, wzbudzającą w nas wspomnienie depresyjnej, niedostępnej emocjonalnie matki, którą niegdyś na próżno próbowaliśmy zadowolić. Marzymy, że nasza miłość i troska zrobi supermana z wystraszonego chłopaka, jota w jotę podobnego do terroryzowanego przez matkę ojca, który nigdy nie potrafił stanąć w naszej obronie. Bo dopiero wtedy, gdy właśnie ktoś taki (a nie ci wszyscy dzielni, mili chłopcy i dobre, otwarte dziewczyny, trafiający się nam w życiu} nas pokocha, zły czar zostanie odwrócony. A jeśli przez niedopatrzenie zwiążemy się z osobą, z którą możliwy jest dobry, spokojny związek, to nasze niespełnienie skłoni nas do szukania alternatywnych, niewłaściwych i frustrujących obiektów. Oczywiście dorobimy do tego romantyczną ideologię o spotkaniu wyczekiwanej bratniej duszy czy jedynej prawdziwej miłości, dla której trzeba wszystko poświęcić. Mamy też inne sposoby niszczenia satysfakcjonujących relacji. Jeśli pojawi się w dorosłym życiu ktoś bardziej obiecujący niż zapamiętane przez nas zawodne obiekty z dzieciństwa, to z całym impetem możemy zacząć od niego żądać tego, co nie było nam niegdyś dane. Osierocona przez ojca w dzieciństwie młoda kobieta może od kochającego męża wymagać tak wiele zewnętrznych, często drugorzędnych przejawów miłości („Nie popatrzyłeś mi w oczy, jak się ze mną żegnałeś przed wyjściem do pracy! Już mnie nie kochasz!”), że on - znękany jej roszczeniowym nienasyceniem - zacznie się od niej odsuwać, co ona przeżyje jako dramat ponownego opuszczenia. W ten sposób ktoś, kto na początku wcale nie miał cech uwewnętrznionego, złego wczesnodziecięcego obiektu, stopniowo przybierze jego postać i odegra tę niewdzięczną rolę. Codzienna autodestrukcja to odgrywanie wciąż od nowa dziecięcych dramatów i niezdolność dostrzeżenia, że świat nie jest taki sam, jaki był w naszym domu rodzinnym, a my jesteśmy już dorośli i nie musimy wiecznie powtarzać tej samej roli. Robimy to, co kiedyś było optymalnym sposobem przetrwania w specyficznych okolicznościach naszego dzieciństwa. Dziewczynka wykorzystywana seksualnie przez ojca nauczyła się, że potulność jest jedynym sposobem uniknięcia przemocy, a nawet zyskania pewnych łask. W dorosłym życiu będzie godziła się na niszczące układy z mężczyznami, bo to da jej nadzieję na przetrwanie, a być może na jakąś formę kontro-li nad męską agresją. Najstarszy syn, od którego rodzice oczekiwali przedwczesnej odpowiedzialności i dojrzałości, będzie wciąż brał na siebie nie swoje zobowiązania i wszystkich wyręczał - aż trafi do szpitala z wy padniętym dyskiem. Dobre dzieciństwo daje wolność budowania różnorodnych związków, bez przymusu dosłownego powtórzenia znanego z dzieciństwa modelu relacji. Złe dzieciństwo trzyma w kleszczach wyuczonych automatycznych zachowań, które są powtarzane znowu i znowu. Przeszłość trzyma nas na uwięzi. Czasem nie tylko odtwarzamy w dorosłym życiu destrukcyjne minione więzi, ale nawet przeżywamy je wciąż od nowa w relacji z rodzicami czy rodzeństwem. Tak zwana rodzina pierwotna pozostaje podstawowym układem odniesienia. Na przykład dla czterdziestoletniego mężczyzny, który nigdy nie został zaakceptowany przez swojego surowego ojca, wciąż najważniejszą -lecz nieosiągalną - łaską jest aprobata siedemdziesięcioletniego taty, a nie miłość żony czy uznanie zawodowe. Dorosła kobieta może przeżywać pretensje matki o błahe zapomnienie znacznie boleśniej niż na przykład to, że córeczka jest przedszkolnym kozłem ofiarnym i codziennie ma koszmary senne. Takie osoby całe życie pragną miłości rodzica i wciąż się przekonują, że jej nie dostaną. Im bardziej nie dostają, tym bardziej o nią walczą. Psychoterapeuta wypowiadający się na temat ludzkiego cierpienia nieuchronnie, prędzej czy później, jest konfrontowany z punktującym pytaniem: „No dobrze, takie są mechanizmy i przyczyny, ale w końcu co nam z teorii? Czy coś się da na to poradzić?”. Odpowiedź nie jest łatwa. Bo jeśli powtarzanie tego samego dramatu stanowi wyraz nigdy niespełnionej, ale wciąż żywej nadziei opartej na już nieadekwatnej wizji świata; to aby dramat się skończył, musimy zrezygnować zarówno z owej nadziei, jak i z dotychczasowego rozumienia życia Jest to bolesny, trudny proces pożegnania się z nieziszczalną ułudą.
Moderator RamtamtamSi
Anonimowy użytkownik
mirko_anonim
Opublikowane
Cz. I
Sam sobie na przekór, czyli dlaczego sobie szkodzimy. Zofia Milska-Wrzosińska Zdarzyło mi się
niedawno rozmawiać z panem, który skarżył się, że jego trzy kolejne partnerki życiowe (w tym dwie żony) były - jak mówił - dziecinne, bierne i nieskłonne do samodzielności. Mój rozmówca przeżył z tego powodu trzykrotne rozczarowanie, bo zawsze chciał związać się z kobietą niezależną, która dzieliłaby z nim odpowiedzialność za los związku. Spytałam nietaktownie, jak to się stało, że trzykrotnie wybrał sobie partnerki zupełnie niezgodnie z własnymi oczekiwaniami. Takie postawienie sprawy zirytowało mężczyznę: „Sugeruje pani, że ja celowo miałbym wybierać sobie jakieś trujące bluszcze? A niby dlaczego? Nie jestem żadnym masochistą i zawsze szukałem kobiety, która będzie mnie akceptować, ale nie uwiesi się na szyi. Nie wiem, dlaczego to się nie udaje. Może między mężczyzną a kobietą jest za duża różnica płci? Albo może ze wszystkimi kobietami po ślubie coś się robi takiego?”. Pod koniec imprezy, na której rozmawialiśmy, dostrzegłam go zatopionego w pogawędce z młodszą od niego o jakieś 15 lat dziewczyną. Ona, z oczyma pełnymi zachwytu, chłonęła relację o jego ostatnich sukcesach. On, niesiony falą jej podziwu, coraz bardziej wchodził w rolę wszechmocnego autorytetu. Prawdopodobnie za kilka lat - a może miesięcy - opowie mi, że kolejna kobieta okazała się nastawionym konsumpcyjnie, niedojrzałym stworzonkiem, z którym nie sposób stworzyć partnerskiej relacji. Widzimy wokół ludzi, którzy utrudniają sobie życie, powtarzając wciąż te same zachowania, wchodząc w kolejne niszczące związki, a przy tym trwają w przekonaniu, że przyczyny leżą poza nimi, że nie mają oni żadnego wpływu na koleje swojego losu. Z dogodnej pozycji obserwatora zadajemy sobie pytanie, dlaczego uporczywie powtarzają te same błędy i ponownie wracają do punktu, w którym byli już wielokrotnie i obiecywali sobie, że nigdy więcej. Wydaje się to niepojęte. Bo przecież o ile związek z ostro pijącym narzeczonym można uznać za skutek młodzieńczego niedoświadczenia, to trudniej zrozumieć, że ratunkiem z opresji, jaką są te niefortunne zaręczyny, jest szybki ślub z damskim bokserem, a kolejne wyzwolenie niesie użalający się nad sobą i ciągle zaćpany kochanek. Pierwsza w życiu zawodowym pyskówka z przełożonym może wynikać z niezrozumienia reguł gry. Ale jeśli powtarza się na kolejnych posadach, z których ambitny specjalista notorycznie wylatuje z hukiem, to jego tłumaczenie, że po prostu nie ma szczęścia do szefów, nie wydaje się wiarygodne. Ciągłe odtwarzanie własnych niepowodzeń jest od dawna obszarem zainteresowania psychoterapii, która proponuje rozmaite koncepcje zrozumienia pozornie bezsensownego zjawiska, polegającego na tym, że ludzie robią wciąż od nowa to samo, a następnie cierpią w wyniku skutków swoich działań. Niektórzy powtarzają niszczące dla siebie zachowania, bo nie potrafią się wyrzec towarzyszących im przyjemności czy ulgi w napięciu. To model uzależnienia typowy dla alkoholika bądź narkomana, ale nieograniczający się do więzi z substancją chemiczną. Czasem przyjemnością jest ulga związana z rozładowaniem emocji. Ktoś może przeżywać tak wiele złości, że nie powstrzymuje się przed jej brutalnym wyrażeniem, chociaż wie, że spotka go za to kara: wyrzucenie z pracy, definitywne odejście żony i dzieci, czy wręcz odwieszenie wyroku skazującego. Przyjemność związana z rozładowaniem agresji jest tu większa niż obawa przed konsekwencjami. Nie należy jednak sądzić, że agresor nie kontroluje swojego zachowania. Przeciwnie, na ogół starannie dobiera obiekty, na których może bezkarnie wyładować złość. Kiedy konsultowałam kobietę robiącą od czasu do czasu dramatyczne sceny swojemu znękanemu mężowi, dowodziła ona, że absolutnie nie może powstrzymać ataku brutalnej furii, gdy ktoś jej się sprzeciwia. Zauważyłam, że jednak nie wybuchła złością chwilę wcześniej w recepcji ośrodka, gdy twierdzono, że jest zapisana na zupełnie inną godzinę, niż sądzi. Spojrzała na mnie jak na osobę niespełna rozumu i odrzekła: „Przecież państwo wezwaliby karetkę, gdybym tutaj zachowała się tak jak w domu!”. Dla niektórych najprostszym sposobem rozładowania napięcia jest seks. Tacy ludzie są wciąż od nowa ofiarami własnych, nagłych impulsów erotycznych. Niemożność oparcia się im spowodowała w znanym mi z konsultacji przypadku, że kochający, oddany mąż, którego poprzednie małżeństwo rozpadło się z powodu ustawicznych zdrad, wdał się w przelotną przygodę z ogólnie dostępną koleżanką z pracy, a czasami także (jak mówił: „Gdy miałem ciężki czas w firmie”) odwiedzał agencje towarzyskie. . Kiedy sprawa wyszła na jaw, mężczyzna był zaskoczony, że żona poważnie myśli o rozwodzie. „Przecież to było bez znaczenia, jak wejście do toalety. Ja po prostu czasem jestem taki wk..., że muszę się rozładować, nawet chyba wolałbym, żeby gdzieś niedaleko była strzelnica sportowa. No ale nie ma, to co mam robić...” - tłumaczył. Wciąż ponawiane destrukcyjne zachowania seksualne lub agresywne jako sposób rozładowania trudnego do zniesienia napięcia są typowe dla osób o strukturze osobowości typu borderline. Ale bywają nałogowe przyjemności bardziej wyrafinowane psychologicznie niż seks i agresja. Na przykład niektóre kobiety mogą uporczywie wybierać sobie na partnerów mężczyzn z marginesu, źle funkcjonujących społecznie, ponieważ daje im to poczucie szczególnej misji, a notoryczne porażki w nawracaniu „złych chłopców” potęgują tylko poczucie własnej wyższości moralnej. Przymus powtarzania destrukcyjnych działań i związków może łączyć się z trudnością w przeprowadzeniu zmiany. Jeżeli od lat funkcjonujemy w układach, w których traktowani jesteśmy jak przedmiot, to może nam być bardzo trudno zdecydować się na przekształcenie swoich relacji, choćbyśmy czuli, że trochę nam w nich ciasno. Z kolei ci, którzy zawsze są gotowi brać na siebie wszelkie obowiązki, nie wyobrażają sobie, jak żyliby bez tego obciążenia. I na wszelki wypadek wolą nie próbować. Przyczyną niszczenia siebie jest tu lęk przed czymś nowym, co zakłóciłoby naszą odwieczną równowagę psychiczną. Takie osoby w odpowiedzi na wszelkie próby perswazji demonstrują nieograniczone możliwości gry w „Tak, ale”. Mówią na przykład: „Próbowałam powiedzieć mężowi, dokąd chcę jechać na wakacje, ale on tylko mnie wyśmiał. To co mogę więcej zrobić, gdy on i tak mnie nie traktuje poważnie?”, „Łatwo ci radzić, żebym nie wyręczał całego działu i nie siedział po godzinach. Ale jak nie będzie zrobione na czas, to na kogo spadnie odpowiedzialność? Jasne, że na mnie. Myślisz, że przy takiej sytuacji na rynku pracy mogę sobie na to pozwolić?”. Tu pojawiają się dalsze pytania: Dlaczego powtarzamy akurat takie, a nie inne zachowania? Dlaczego właśnie realizacja destrukcyjnych wzorców daje nam ulgę, przyjemność czy poczucie bezpieczeństwa? Wciąż aktualna pozostaje odpowiedź Ronalda Fairbairna, wybitnego psychoterapeuty z kręgu tzw. relacji z obiektem. Twierdził on, że to, czego doświadczamy w trakcie naszych relacji wczesnodziecięcych, traktujemy jak wszechobowiązujące prawa, które sobie przyswajamy na zawsze. Jeśli zatem sukcesy są jedynym sposobem, w jaki mały chłopczyk może zdobyć uwagę matki, to chłopczyk ten jako dorosły mężczyzna będzie starał się imponować kobietom swoimi osiągnięciami w nadziei, że w nagrodę otoczą go one wytęsknioną matczyną troską. Najmłodsza córka, która nauczyła się, że jej rolą w rodzinie jest bycie rozładowującą napięcia maskotką, może grać rolę głupiutkiej trzpiotki przez wiele lat, nie bacząc, jak bardzo jej to szkodzi. Oczywiście obrazy rodzinnych postaci, utrwalone na taśmach dziecięcej pamięci, nie zawsze są obiektywne. Jeśli kilkuletni chłopiec podsłuchiwał nocne awantury swoich krewkich rodziców, dla których nie było dobrego seksu bez kłótni, to może mylnie czuć, że mama i tata nienawidzą się i chcą sobie zrobić coś złego. W latach 80. ubiegłego wieku wielu mężczyzn wyjeżdżało na kilka lat za granicę, by pracować na utrzymanie rodziny. Ich dzieci mogły emocjonalnie przeżywać to jako opuszczenie i uznawać tatę za kogoś, na kim nie można polegać, choć w rzeczywistości był on odpowiedzialnym i kochającym ojcem rodziny. Ale nawet niezgodna z prawdą utrwalona wizja jestemocjonalnie silna i wpływa na nasze życie. Uwewnętrznione w dzieciństwie wyobrażenie o świecie ma czarodziejską moc sprawczą - świat staje się taki, jaki myślimy, że jest. Kobieta - córka agresywnego, nieprzewidywalnego ojca, który znęcał się nad nią i jej matką - zachowuje w sobie jego wewnętrzny obraz, a siebie przeżywa jako bezradną dziewczynkę, zdaną na łaskę i niełaskę wszechmocnego pana i władcy. W rezultacie jej kolejni partnerzy to szczególna galeria drani, lub też zwykłych mężczyzn, których do draństwa nieświadomie prowokowała. Jesteśmy w dramatyczny sposób wierni naszym złym postaciom z dzieciństwa - i to jedno ze źródeł błędnego koła naszych nieszczęść. Nie chcemy, by kochał nas i akceptował byle kto, ale koniecznie taki brutalny sukinsyn jak kochany tatuś albo wyniosła Królowa Śniegu, podobna do idealizowanej mamusi.
Moderator RamtamtamSi
Anonimowy użytkownik
mirko_anonim
Opublikowane
@gejuszmapkt: na pewno się potwierdziło bo w stosunku do twojego brata mogła się inaczej zachowywać niż w stosunku do ciebie. Dwa te relacje nie są często obiektywne. Np. dziecko mogło interpretować wyjście rodzica do pracy jako porzucenie, przez co w dorosłym życiu będzie taką osobę ciągnęło do takich osób, które ją opuszczą.
Moderator RamtamtamSi
Autor anonima
mirko_anonim
Opublikowane
@N0vember: chętnie wrzuciłbym tu fragment książki w którym jest to opisane, ale jest on długi na trzy strony pdf, więc raczej nie przejdzie.
Moderator Nighthuntero
Autor anonima

Komentarze z Wykopu

Sprawdzamy liczbę komentarzy...

Zobacz wszystkie wpisy