Temat dla ludzi w związku, gdzie facet ma własne mieszkanie, a kobieta mieszka razem z nim. Otóż kupiłem mieszkanie w zeszłym roku sam, ponieważ moja partnerka (od 4 lat, brak ślubu), miała wtedy kilka miesięcy na umowie, całościowo może z półtora roku stażu pracy, minimalna krajowa, umowa o zastepstwo na rok. Ogólnie zdolność kredytowa zerowa, poza tym nie miała nic na wkład własny. A więc kupiłem sam i od dawna mówiłem że w takiej sytuacji nie ma problemu - ona będzie płaciła połowę opłat czynszowych / rachunków a ja drugą połowę i całość raty.Niestety, po fakcie, im bliżej terminu oddania moja partnerka zaczela mowic że nie chce nic słyszeć na temat tego mieszkania, nie interesuje jej kiedy oddanie kluczy, nie pomoże przy wyborze głupich plytek, bo "nie ma z nim nic wspólnego". Teraz się obudziła, że to formalnie nie bedzie jej mieszkanie. Chcialaby się dokladac do rat ale co jej to teraz da jesli kredyt jest na mnie?Teraz mieszkamy na wynajmie (to też nie jej mieszkanie) i jest wszystko elegancko. Poza tym, że landlord zabiera 2500 miesięcznie i spółdzielnia 900 z mojej, głównie, kieszeni. Jak rozwiązać ten problem? Wydaje mi się, że jak ją przygarniam pod swoje skrzydła to powinna być przeszczęśliwa. Za żadne wykończenie czy agd nie będę chciał od niej kasy, a jak kiedyś będzie chciała mieć ekspozycję finansową na nieruchomości to może sobie kupić kawalerkę na kredyt. W planach jest też wspólny dom za około 7-10 lat gdy lepiej staniemy na nogi finansowo.Jakie macie własne doświadczenia w podobnej sytuacji?#mieszkanie #zwiazki #finanse

