Ech, zaczęły się wakacje i spędzam dużo więcej czasu z córką niż normalnie. No i już nie daję rady.Ja jestem neuroatypowy, żona neuroatypowa a córka podwójnie wyjątkowa chyba. I o ile jakoś tam mi się żyje w miarę dobrze ze swoimi dysfunkcjami, żona raczej też ogarnia swoje, to patrząc na zachowanie córki płakać mi się chce, że tak jej życie spierdoliłem/iśmy. Dzisiaj takie coolstory na spacerze - córka wpadła na zajebiście wielki baner i srogo przywaliła, że aż się popłakała. Pytam, co się stało, a ona, że "nie zauważyłam". Myślę, no jak można nie zauważyć czegoś tak wielkiego przed sobą? Pytam później żonę, czy też tak ma. Tak, czasem nie obiektów, na które chwilę później wpada. Aż się boję pomyśleć, co będzie jak dojdziemy do analizy mojego spierdolenia. Jak słucham opowieści mojej matki o moim dzieciństwie, to było zajebiście - sam się bawiłem, układałem klocki itd. Zero problemów. Gdybym tak do tego podszedł, to też bym się chwalił, że mi się córka świetnie wychowuje - zero zmartwień, sama się bawi, układa lalki. Dobra rada... dzieci są kochane, dają dużo radości, ale pomyślcie o diagnozie zanim wpadniecie na pomysł, by spieprzyć im życie swoimi genami. I nie chodzi tu o jakiś antynatalizm.. bardziej o przyjrzenie się sobie.#gorzkiezale #dzieci

