Nie mogę się zadowolić przeciętnymi laskami. Poznaję fajne kobiety, czasem nawet dekadę młodsze (ja 33 lata), z którymi jest fajne flow i które są chętne i zaangażowane, ale łączy je jedna cecha - wszystkie wyglądają przeciętnie. Ani nie są specjalnie hot ani nie są brzydkie czy grube. Wszystko oczywiście przez moją byle jaką gębę i przeciętny wygląd.Czasem się łapię na tym, że idę z którąś po mieście, mijam jakąś naprawdę fajną seks-bombę i wtedy uderza mnie ten kontrast i ta moja nagle staje się w moich oczach znacznie mniej atrakcyjna. Frustruje mnie, że nigdy nie będę miał tych najbardziej atrakcyjnych i dupsko mnie piecze, że są z nimi kolesie, którzy są przystojniejsi ode mnie. W sumie to dobrze rozumiem co czują przeciętne kobiety, które odrzucają przeciętniaków nawet wtedy gdy zgadza się wszystko poza wyglądem. Mam praktycznie to samo. Jestem jak starzejąca się singielka po trzydziestce, która zamiast wejść w zdrowy związek ze swoim looksmaczem, nie może się zadowolić nikim poza facetem spoza jej ligi. Wiem, że to prymitywne, toksyczne i dziecinne, ale nie potrafię nad tym zapanować. Rozum mówi jedno, a serce (czy inne części ciała) drugie. Lata lecą, a ja zaczynam się bać, że przez to chore wybrzydzanie będę zawsze sam.Ktoś miał podobnie? Jak sobie z tym poradzić? Jak zaakceptować fakt, że siedzisz w wygodnym seacie, kiedy obok przejeżdża ferrari?#zwiazki #tinder #psychologia #samotnosc

