Jestem w dwuletnim związku z dziewczyną, która posiada psa. Zawsze myślałem, że w sumie lubię psy i jestem dog person. Spacery opisane poniżej to jakiś tam wycinek, ale niestety nasz wspólny czas jest dostosowany do psiego metabolizmu. Wyjazdy i cała logistyka związana jest z psem bo nie ma komu go podrzucić przy jakimś wylocie z Polski na urlop itp. Jakieś namioty, wyjście spontaniczne czy złapanie się na mieście - odpada bo ona albo jest zmeczona spacerami albo trzeba już teraz lub za chwilę iść na kolejny. Pies jest prawie cały czas z nami. Po dwóch latach częstego chodzenia na wspólne spacery z psem zaczynam reagować złością, irytacją na pytanie czy idę z nimi na kolejny. Wygląda to tak, wychodzimy od razu po pracy lub po godzinnej przerwie, spacer trwa zazwyczaj 60-90 minut. Pies łazi od lewej do prawej, zachodzi mi z nią drogę więc muszę często z niej schodzić, idę trochę za nią i to mnie dodatkowo drażni. Rozumiem spacery jako też jakiś czas ze sobą, moment na rozmowę, nie bardzo mogę z tego rezygnować. Czuję się winny odmawiając.Czy byliście w podobnej sytuacji? Obawiam się tego jak te negatywne odczucia we mnie rosną. Co będzie za rok czy pięć lat, pies nie zniknie.#zwiazki #milosc #relacje #psy #zwiazek

