Opublikowane

Problemy w polskiej służbie zdrowia: Rozczarowanie pacjentów

Nie wiem, kiedy to się stało, ale większość lekarzy w Polsce przestała być powołaniem, a stała się synekurą z ogromnymi zarobkami i zerową odpowiedzialnością. Zarabiają krocie – w szpitalu, w prywatnych gabinetach, na dyżurach, kontraktach i konsultacjach – a mimo to coraz częściej brakuje im motywacji, empatii i zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Bo po co się starać, skoro kasa i tak się zgadza, a pacjent nie ma jak i gdzie się poskarżyć?W mojej rodzinie jest przypadek, który mówi wszystko. Złamana noga, zrobiono rentgen – zdjęcie wykonano niepoprawnie. Lekarz to zauważył, ale zamiast zlecić powtórkę, machnął ręką. „Będzie dobrze” – jakby mówił. Nie było. Zrost nieprawidłowy, kolano źle się goiło, dziś ta osoba kuleje i żyje z bólem. Po latach, gdy wyszło, że błąd był oczywisty bo na zdjęciu nie było widać jednego kawałka kości – po procesie sądowym nikt nie poniósł konsekwencji. Lekarz, który zawalił, po prostu uniknął kary, bo w tym zawodzie najwyraźniej można wszystko. Pacjent cierpi, system milczy, a środowisko lekarskie trzyma się za ręce i powtarza: „to nie nasza wina”.I powiedzmy sobie szczerze – dziś 95% lekarzy to już nie żadni „specjaliści od leczenia ludzi”, tylko urzędnicy z dyplomem. Leczenie według książki, według procedury, według „algorytmu ministerialnego”. Przychodzisz, mówisz objawy, lekarz wpisuje kod choroby i odczytuje z głowy albo z podręcznika: „lek pierwszego wyboru – X”. Koniec. Zero refleksji, zero dopytania, zero próby zrozumienia człowieka.Prosta sztuczna inteligencja zrobiłaby to lepiej. Bo przynajmniej sprawdziłaby interakcje leków, zapytałaby o działania niepożądane, o historię choroby, o szczegóły. A dzisiejszy lekarz? Większość z nich zachowuje się tak, jakby rozumieli tekst pisany tylko trochę lepiej niż przeciętny obywatel – ale za to uważają się za bogów, którzy po przeczytaniu jednego akapitu z książki wiedzą wszystko o człowieku. A jak przez przypadek powiesz że coś przeczytałeś w internecie i chciałbyś to z nim skonfrontować - koniec świata, obraza majestatu.Nie ma znaczenia, kim jesteś – pacjentem, naukowcem, kasjerem, przedsiębiorcą czy sprzątaczem. Czy odprowadzasz składki 0zł, 500zł, 5 tysięcy, lkarz i tak ma 15 minut na wizytę, z czego połowę poświęci na klikanie w komputerze, recepty i papierologię. Twoje życie mieści się w okienku 7 minut rozmowy i 8 minut wypełniania formularzy.Kolejny przykład z rodziny: osoba z problemem onkologicznym. Na początku była szansa, by coś zrobić – lekarz prowadzący bagatelizował sprawę, mówił, że „to pewnie nic”. Gdy sytuacja się pogorszyła i choroba rozwinęła, ten sam lekarz umył ręce, stwierdzając, że „to już nie jego działka”. Dopiero przejście do kolejnego lekarza, informacja że za późno na proste metody. Ostatecznie 600 zł za 10 minut u profesora nauk medycznych – który faktycznie rzucił okiem na dokumentację, zrobił krótki wywiad i dał podstawowe zalecenia – coś ruszyło. Ale i to kosztowało pół godziny rozmowy za półtora tysiąca złotych. I wszystko w aurze wielkiej łaski, jakby człowiek dostąpił kontaktu z bóstwem... i ostatecznym stwierdzeniem że najlepsza praktyka byłaby jakaś eksperymentalna przez NFZ, ale w sumie to mamy październik a tam finanse się wyczerpały to może poczekać na nowy rok.A potem ludzie się dziwią, że naturopaci, „szarlatani” i różni szamani mają posłuch. Ale to nie bierze się znikąd! Bo gdy lekarz w 10 minut rzuca: „ma pan trzy miesiące życia, z chemią może sześć”, po czym zamyka komputer i wychodzi, to co ma czuć pacjent? Nie ma żadnego zrozumienia, żadnego indywidualnego podejścia, żadnej próby pogłębienia tematu ani opieki. Bo przecież to statystyka, a statystyka nie płacze. Lekarz nie ma nawet powodu, by się starać – bo od lepszej diagnozy nie dostanie więcej, a wręcz przeciwnie: oberwie za to, że w godzinę obsłużył jednego człowieka zamiast czterech. Dlatego właśnie wysokie limity przyjęć na studia medyczne to nie tragedia, tylko szansa dla wszystkich. Naprawdę dobrzy lekarze i tak sobie poradzą — bo kompetencja zawsze się obroni. A reszta? Więcej ludzi z dostępem do wiedzy, więcej świeżych umysłów, mniej „świętych krów” z dyplomem sprzed 40 lat, które od dawna nie aktualizują swojej wiedzy. Także ci „szarlatani” – jeśli naprawdę wierzą w swoje metody – będą mogli zweryfikować je w realnych warunkach naukowych, podeprzeć rzetelnymi danymi i przestać działać w szarej strefie. A pacjent w końcu będzie miał prawdziwy wybór – między autorytetem z tytułem a człowiekiem, który naprawdę chce pomóc.A narazie mamy system, w którym lekarz jest nietykalny, a pacjent – jednorazowy.#medycyna #zalesie #lekarski #lekarz
54

Dyskusja

Rejestr odpowiedzi mirko.pro (2)
mirko_anonim
Opublikowane
Większość powikłań ortopedycznych to wina pacjenta który nie przestrzega zaleceń. M on dlatego robi się kontrolne zdjęcia o czym op „zapomniał” wspomnieć.
No i patrz: napisałem, że pierwsze zdjęcie zostało zrobione pod złym kątem. Odłamek kości, taki płaski płat, nie był widoczny. Powinna być wykonana operacja pierwszego dnia, w ogóle przed założeniem gipsu. No ale @Anomalocaracid wie lepiej że to wina pacjenta bo nie przestrzegał zaleceń. Hehe.Tak, zdjęcia kontrolne później były robione, szczególnie gdy przyszedł czas na zdjęcie gipsu i okazywało się że dalej boli. Zanim się te zdjęcia pojawiły słyszeliśmy wszędzie zbywanie: to normalne, po gipsie tak jest, przejdzie, przesadza Pani, ktoś nawet próbował do psychiatryka odsyłać bo ktoś ból wmawia innym i wymyśla tak mocno że płacze przy chodzeniu bez wsparcia. Po kilku miesiącach zaczęliśmy się zastanawiać co się dzieje i szukać pomocy gdzieś spoza lokalnego lekarskiego koleżeństwa...no bo tak jak piszesz skoro większość przypadków to wina pacjenta to zamyka temat, on na pewno sobie wymyśla, nie pomogę mu, NASTĘPNYdokładnie o tym piszę, dokładnie o to chodzi i tym wpisem to potwierdzasz.Dopiero po dwóch, trzech latach profesor (polecony przez naturopatę-zielarza, tak tak!!) z innej części kraju spojrzał od zera na sprawę i od nowa zdiagnozował temat: zaczęły się na nowo artroskopie, operacje, zabiegi na które trzeba było jeździć kilkaset km, bo robić u patałachów lokalnie to strach. Minęło już kilkanaście lat, ból i problem z chodzeniem pozostał na całe życie i problemów już się nie odwróci. Bo się poślizgnęła w grudniu na śliskim chodniku, mając 29 lat.I tak najśmieszniejsze były te kwestie dookoła. Dyskusje z ZUSem bo lekarz orzecznik stwierdza że osoba nie ma przeciwwskazań do pracy więc utrata zasiłku, ale następnego dnia podróż do lekarza medycyny pracy wystawiającego brak zdolności do pracy ze względu na stan zdrowia. Utrata zasiłku związana z niestawieniem się do lekarza orzecznika w związku z tym że była w tym czasie w szpitalu na operacji, co umknęło ZUSowi, po roku chyba sąd stwierdził że potwierdzenie nadania i odbioru listu z informacją o pobycie w szpitalu z prośbą o przełożenie terminu nie stanowi wystarczającego dowodu o tym że ZUS o tym wiedział... (a że skoro była to już czwarta wizyta u orzecznika to mogła się próbować z ZUSem też inaczej kontaktować (!!!!))A ta mityczna odpowiedzialność? Po latach, w procesie lekarz się wybronił stwierdzając że na przedstawionym zdjęciu nie był widoczny ten aspekt złamania, a na to że kolano było ustawione pod niewłaściwym kątem nie zwrócił uwagi, bo w ogóle pracował na kilkunastogodzinnych zmianach, czemu sąd dał wiarę. Technik który robił zdjęcie nie odebrał wezwań na rozprawę, podobno wyjechał do UK, ślad zaginął, sąd ostatecznie orzekł o błędzie w sztuce nikogo nie karząc. Nad tymi "lekarzami" sugerującymi że pacjent wymyśla sobie ból już zostawmy za zasłoną milczenia.
Diagnostyka nowotworu o szybkiej dunamice jic nie zmienia tak naprawdę. Co do reszty nikogo nie obchodzi płatku śniegu co czujesz. Nie jesteśmy od empatii i roztkliwiania tylko od leczenia.
Ten nowotwór "o szybkiej dynamice" to była prostata, której PSA rosło sobie przez 3 (?) lata, rosło albo stało w miejscu. Lekarz uspokajał że jeśli to taka wartość to można obserwować, na sugestie "bo w internetach pisze że już wartość jednocyfrowa to wskazanie do operacji" kwitował że można się leczyć internetem, a wartość markera nie rośnie szybko. Dopiero jak faktycznie drgnęło i osiągnęło sporą dwucyfrową wartość podjęta została decyzja o da vinci. No i fajnie, po operacji było zero, ale rok później znów wartość jednocyfrowa, badania PET itp i okazuje się że rak się rozsiał do trzech narządów, a on raka to w sumie nie leczy i proszę więcej nie przychodzić. Teraz się okazuje że to ze względu na inne przeciwwskazania do da Vinci które pacjent miał a ten kierujący na zabieg o tym nie pomyślał, po drodze nikt też nie zweryfikował. No zdarza się, no nie?Tak, takie historie gdy doświadczasz ich na własną rękę dają do myślenia. To nie wymysły tylko prawdziwe zdarzenia z mojej rodziny. Pisząc "Nie jesteśmy od empatii i roztkliwiania tylko od leczenia" pytam, czy tak wygląda leczenie? Nie mam nic przeciwko medycynie, rozumiem dlaczego ona działa bo sam mam na koncie kilka prac naukowych. Mam problem z lekarzami, bo dla nich pacjent jest dziś statystyką: dziś przyszedł jutro poszedł, więc byleby do wypisu albo do następnej wizyty jakoś dotrwać. Jak się uda pomóc to fajnie, jak nie to szkoda. Ja odpowiedzialny nie jestem, ja tu tylko leczę bo tu tylko robię konsultację/poradę/zabieg/operację/weryfikację/sprawdzenie/... (wybrać jedno).
Moderator Dipolarny
Autor anonima
mirko_anonim
Opublikowane
dokładny-społecznik-91 pisze:
Przychodzisz, mówisz objawy, lekarz wpisuje kod choroby i odczytuje z głowy albo z podręcznika: „lek pierwszego wyboru – X”. Koniec.
XDZa dużo się Ostrego Dyżuru naoglądałeś.
Moderator RamtamtamSi
Anonimowy użytkownik

Komentarze z Wykopu

Sprawdzamy liczbę komentarzy...

Zobacz wszystkie wpisy

Akcje

Otwórz wpis na wykop.pl
Klucz publiczny:

g0uul6u7cazjos63ouiob5sv

Dodane: 5 listopada 2025 - 14:58:18
Opublikowane

Autor był widziany10 miesięcy temu