Nie umiem żyć dla siebie ani sam ze sobą. Odkąd pamiętam zawsze żyłem dla kogoś. Oceny w szkole służyły do zadowolenia rodziców. Całe moje dzieciństwo przesycone było wewnętrznym pragnieniem żeby rodzice były ze mnie nieustannie dumni. Nie wiem czy zdawali sobie sprawę z tego co działo się w mojej głowie. Ich pochwały dawały mi taką dawkę endorfin, że nawet dzisiaj na sama myśl przechodzi mnie dreszcz. Kiedy wyjechałem do innego miasta na studia, straciłem grunt pod nogami. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Nauka nie była przyjemna kiedy na wyciągnięcie ręki nie było nagrody w postaci uznania. Na studiach poznałem dziewczynę i poczułem się szczęśliwy dopiero kiedy podprzadkowalem całe swoje życie tej relacji. Czas płynął od spotkania do spotkania, ważne stały się tylko rzeczy które robiły na niej wrażenie. Znowu pojawił się dreszcz endorfin kiedy była ze mnie dumna. Po 3 latach się rozstaliśmy i uwierzcie mi, nie cierpiałem z tęsknoty za nią, przeżywałem katusze bo znowu zostałem sam ze sobą. Próbowałem znaleźć jakieś hobby, pytałem sam siebie co sprawia mi radość i za każdym razem chlastalem się w myślach bo bezwiednie wyobrażałem sobie zajęcia, które mogłyby wzbudzić w kimś podziw. Teraz mam rodzinę, żonę i dziecko i jestem niejako usprawiedliwiony, przykładny ojciec i mąż żyje dla swojej rodziny. Ale w głębi ducha mi strasznie źle i czuję się oszustem. Nikt nie wie, że nie mogę zniesc samotności, ze sam siebie nie lubię i praktycznie niczego nie robię z myślą o sobie - rozwój osobisty, awans, weekend za miastem, utrzymywanie konkretnych znajomosci, gotowanie, sprzątanie, nawet mycie się - to wszystko robię z myślą „moja rodzina tego potrzebuje” albo „żona by się ucieszyła”. Dręczy mnie to ale nie umiem inaczej. Czy ktoś ma podobnie?#psychologia #feels #pytanie #zwiazki

