Rozpocznę może #gorzkiezale od tego, że w zasadzie nie chodzi o to, że jestem jakoś "bardzo" nieszczęśliwy, co raczej wiem, że mógłbym być jeszcze kiedyś szczęśliwy.Przez większość dorosłego życia jestem typem depresyjnym, stroniącym od ludzi i dziwi mnie (a w zasadzie dziwiło mnie do tej pory) jak udało mi się poznać moją żonę (atrakcyjną fizycznie, wykształconą i.. pełną innych zalet) i przeżyć z nią ponad 20 lat. Właśnie, napisałem "przeżyć" a nie np "szczęśliwie przeżyć". Rutyna wkradła się w nasze życie tak bardzo, że już bardziej nie może. Do tego, w związku z problemami dzieci zaczęliśmy się diagnozować pod kątem różnych zaburzeń psychicznych (gówniaki są kumulacją naszych indywidualnych spierdoleń) i my po prostu jesteśmy lekko szurnięci. I o ile pewne "zachowania" są na początku traktowane jako spontaniczne, wesołe, emocjonujące, to po 20 latach zaczynają irytować. Irytować do tego stopnia, że się odechciewa. Kiedyś "kumplom" mówiłem, że mam szczęście, bo moja dziewczyna to przede wszystkim moja przyjaciółka, ale chyba już wówczas oszukiwałem siebie. Dosyć szybko do mnie dotarło, że mówienie o uczuciach i ich okazywanie nie przynosi mi korzyści w związku a raczej uczucie niezrozumienia i osamotnienia. Dzisiaj jedyne uczucia o jakich mówię, to że mi się nie czegoś nie chce. A ja jestem emocjonalną podpaską - wysłuchuję, choć raczej wpuszczam jednym uchem a wypuszczam drugim, żali, problemów w pracy, dramatów psiapsiół itp. Zamykam się w sobie coraz bardziej i udaję, na zewnątrz, że jest ok. Niby seks jest ok, ale z drugiej strony jak ja czegoś nie zacznę, to nie skończę ;-) To chyba ostatnia rzecz po dzieciach, która trzyma nas razem (na szczęście nie mamy kredytu)No właśnie... dzieci. To nie jest tak, że się "żremy ze sobą", rzucamy talerzami czy coś. Jesteśmy raczej dla siebie coraz bardziej obojętni i nie zważamy na drugą osobę, nie spędzamy czasu razem albo inaczej - jak mamy możliwość, to spędzamy go osobno (ja wolę sobie coś pogrzebać na kompie, posłuchać "swojej" muzyki). Czasem myślę, żeby to wszystko pierdolnąć i pojechać w przysłowiowe Bieszczady. Albo wziąć i umrzeć, najlepiej na jakiegoś raka. Niby trauma będzie i żałoba, ale to chyba lepiej niż za 20 lat usłyszeć, że córka się kurwi, bo nie znała miłości i pozytywnych relacji między rodzicami.A czy mogę być jeszcze kiedyś szczęśliwy? Szczęśliwie się zakochać? Czerpać radość z pasji, poznawać ciekawych ludzi? I to nie kosztem dzieci? No właśnie chyba nie potrafię.Nie wiem, czemu to piszę, chyba mam gorszy dzień, gorszy od pozostałych złych dni.

