Jestem w związku ze swoją żoną prawie 20 lat. Od samego początku jak byliśmy razem to mocno ją wkręciłem w świat imprez i alkoholu. Oczywiście nie były to ciągi, a bardziej co weekendowe imprezowanie. Oczywiście ona leciała nie tak mocno jak ja, bo u mnie w pewnym momencie każdy weekend kończył się zerwanym filmem i to on mnie ogarniała. I ona i ja to zwykłe biedaki, bez ambicji i chęci na nic, tylko imprezy. Po wielu latach takiego życia zachorowałem, nowotwór, potem drugi, przy wszystkich badaniach powychodziło dużo tego, kilka operacji ale żyje i już jest na prostej. Ale było powiedziane - albo alkohol albo śmierć. No i wyszedłem z tego, nie piję parę lat, zdrowie jako tako, stabilnie. Ale mam problem natury psychicznej. Bo moja żona nie zmieniła się za bardzo. No pije dużo mniej niż kiedyś, powiedzmy raz w miesiącu. I w takiej ilości, że nie muszę jej zbierać. Ale mi z każdym miesiącem coraz bardziej przeszkadza picie, przeszkadzają mi znajomi, osoby w którymi spędziłem czasem każdy weekend przez kilka lat. Zaczynam też zauważać, że zmarnowałem swoje życie, mam prawie 40 lat na karku i nie osiągnąłem nic, podobnie jak żona. I nie wiem co dalej robić, bo nie podoba mi się ten związek, całe to towarzystwo. Ale sam już nic nie robię aby to naprawić bo nie mam ani siły ani chęci.Rozmowy nic nie dają, ona ograniczyła, jest zdrowa, rzuciła faje więc od czasu do czasu może wypić...#alkoholizm #zwiazki #zalesie

