Jestem #rozowypasek 31 lat, prawie 10 lat w związku z niebieskim (niebieski rok starszy). Związek generalnie okej, ale mam od pewnego czasu smutne poczucie, że pary, które znają się krócej niż w ogóle z niebieskim jesteśmy razem mają bardziej zaawansowane relacje. Większość jest po ślubie, część zaręczona, niektórzy mają lub zaraz będą mieć dzieci, wspólne mieszkanie/dom etc. A my? Od dłuższego czasu przebąkuję niebieskiemu o zaręczynach, generalnie nie naciskam, ale kilka razy powiedziałam mu wprost, że jest to dla mnie dość ważne, że dla mnie to kolejny etap. A on, nie wiem, chyba nie słyszy albo zaraz zapomina. Czuję się, jakbym stała pod ścianą, nie potrafiła z nim wykonać żadnego kroku. "Zaręczyny? Nieee, bo to zaraz ślub trzeba będzie a na wesele szkoda kasy, lepiej odłożyć i najpierw mieszkanie kupić. A mieszkania teraz drogie bo rynek pojebało, nie będziemy płacić X za metr kwadratowy. A dziecko bez mieszkania to też niezbyt mądre".Mam takie niemiłe poczucie jakbym nie zasługiwała na wejście z nim w formalny związek. Jakby on przez te wszystkie lata nie nabrał pewności, że jestem odpowiednią partnerką. Jakbym miała się stać jakimś wybitnie zajebistym człowiekiem i dopiero wtedy on się zdecyduje. Jakby się naczytał o p0lkach na mirko i miał gotowy scenariusz, że po ślubie wszystko zmieni się o 180 stopni, że rzucę pracę i stanę się roszczeniową lochą. Po takim czasie oczekiwania i nadziei to już nawet nie wiem, czy chcę te zaręczyny. Cała ekscytacja zdążyła ze mnie dawno zejść. Myślę, że będę rozczarowana, kiedy w końcu do nich dojdzie.Jak to jest u Was? Ktoś utknął w takim martwym punkcie?#zwiazki #zalesie

