Opublikowane

Gorzka prawda o lekarzach w Polsce

Kilka gorzkich slów prawdy o lekarzach w Polsce.Do ludzi coraz częściej dociera jak dużą aberracją jest poziom wynagrodzeń lekarzy w Polsce. W dodatku wiele osób z tej branży nie jest otwartych na merytoryczną dyskusję i nie przyjmuje jakiejkolwiek krytyki.Ponieważ dosyć często mam wizyty u lekarzy, to postanowiłem podzielić się swoimi spostrzeżeniami. Zapraszam do polemiki wszystkich, także osoby z branży medycznej. Zanim przejdę dalej chciałbym zaznaczyć, że według mnie lekarze powinni "dobrze" zarabiać. Jednak sytuacja którą mamy obecnie w Polsce stała się, nomen omen, chora.Dla ułatwienia dyskusji spisuję swoje spostrzeżenia w formie punktów, żeby łatwiej było się do tego odnieść.1. Zarobki na poziomie kilkudziesięciu (czy nawet 100+ tys. PLN) nie raziłyby, gdyby dotyczyły naprawdę wąskiej grupy specjalistów (np. neurochirurgów ze sporym doświadczeniem). Tymczasem doszliśmy do sytuacji, że lekarz w szpitalu powiatowym w Polsce, nie będący wcale wybitnym specjalistą, może zarabiać tyle co lekarz w kilkukrotnie bogatszych krajach Europy Zachodniej (mając cały czas relatywnie niskie koszty życia w Polsce). W topie zarobków w społeczeństwie powinien być onkolog, który musi mieć rozległą wiedzę i ma obciążąjącą psychicznie pracę. Ale niekoniecznie lekarz w POZ wypisujący recepty na 20 leków na krzyż.2. Żeby oszacować zarobki niektórych lekarzy, wystarczy skorzystać z popularnego serwisu do wystawiania opinii i rezerwacji wizyt. Powoli standardem staje się 15-minutowa wizyta za 300-400 PLN, co przekłada się na stawkę godzinową ponad 1k PLN. Jakie pojawiają się argumenty ze strony wykopowych lekarzy? Że przecież nie ma zapełnionego całego kalendarza, plus oddaje część przychodni. Otóż kalendarz często mają zapełniony po brzegi (przecież to widać w ww. serwisie), a zamiast przyjmować w czyjejś placówce mogą otworzyć własny gabinet (większość specjalizacji nie wymaga drogiego sprzętu!).3. Odnosząc się do punktu 2 ktoś może powiedzieć, że lekarze mają zapełnione kalendarze, bo to dobrzy specjaliści. W niektórych przypadkach być może tak. W wielu to jednak wyłącznie kwestia tego, że system publiczny jest niewydolny, a recepty sam sobie nie wypiszesz, więc mogą doić jak chcą, niezależnie od kompetencji...4. Ktoś może wyskoczyć z informacją ile na godzinę zarabia rezydent. Tylko że mówimy o relatywnie krótkim okresie, po którym hulaj dusza... Poza szpitalnym etatem sowicie opłacane dyżury (często bezczynne) i prywatne wizyty 300-400 PLN/15 min. Także "inwestycja" w rezydenturę z zaledwie średnią krajową+ szybko się zwróci.5. A wspomniałem już o korzystnych formach opodatkowania lekarzy? Niektórzy płaczą, że to dopiero później, a na rezydenturze muszą być na etacie, gdzie przecież większość ludzi tak pracuje całe życie xD A o domach postawionych za dodatki covidowe?6. Niektórzy wykopowi lekarze straszą obniżeniem jakości kształcenia przy zwięszeniu liczby miejsc na uczelniach i napływem gorzej wykształconych lekarzy z zagranicy. OK, pewnie faktycznie nie chciałbym, żeby taki lekarz mnie operował. Ale żeby wypisać receptę w POZ taki lekarz mi wystarczy.7. A jak wygląda ten poziom wykształcenia w Polsce? Przykład z życia wzięty: rezonans kolana prywatnie za kilkaset PLN. Pani radiolog (dr n. med) wskazuje ciało wolne w stawie. Ortopeda prywatnie (dr n. med) za 300 czy 400 PLN kieruje od razu na prywatną operację. Ale coś mnie tknęło, żeby pójść jeszcze do jednego ortopedy z polecenia. Ten drugi zakwestionował to co było w opisie, zasugerował mi poproszenie o ponowną weryfikację opisu, no i był to strzał w 10, pani radiolog przyznała się do błędu. Dobrze, że nie dałem się pokroić xD8. W kontekście kompetencji lekarzy w Polsce dużym problemem jest też wg mnie brak holistycznego podejścia. Płacisz 400 PLN za 15 minut a i tak zazwyczaj nie spojrzy na problem w kontekście twoich innych schorzeń, tylko na swój wąski wycinek.9. Niektórzy w swojej chciwości nie mają umiaru. Przykłady z życia wzięte? Umawianie pacjentów prywatnie co 10 minut (jak mogą w takim czasie sumiennie zebrać wywiad, przeprowadzić diagnostykę, udzielić zaleceń?...). 200 PLN za receptę wystawioną poza wizytą (przedłużenie leczenia). Przykłady można mnożyć...10. W tym wszystkim najgorsze jest to, że jeśli masz problem wykraczający poza utarte schematy, to nawet wydając kilka tysięcy prywatnie możesz nie znaleźć pomocy. Bo większość lekarzy u nas nie ma wrodzonej wnikliwości i ciekawości (studia pamięciowe) i po co mają poświęcać czas na zastanawianie się, skoro mają w kolejce nieograniczoną pulę osób, które zapłacą chętnie te kilkaset PLN za wizytę, bo nie doczekają się na NFZ.Zapraszam do dyskusji.#medycyna #lekarze #zdrowie
32388

Dyskusja

Rejestr odpowiedzi mirko.pro (5)
mirko_anonim
Opublikowane
Lekarzy jest ok 140k. Czyli mówimy o ok. 0,357% całej grupy zawodowej. Powiedzmy, że facet się walnął i tak naprawdę jest to x4. Czyli dalej mowa o ~1,4%. OGROM, NIE?
Pierwszy punkt, już pan anonim opowiada nieprawdę.
@Kulturozofia_pl: Nie, to Ty masz trudności z czytaniem ze zrozumieniem. Przywołujesz statystyki dot. liczby lekarzy zarabiających powyżej 100k, gdzie ja w porównaniu odnosiłem się do poziomu zarobków lekarzy w krajach Europy Zachodniej, a nie do kwoty 100k (która pojawiła się w innym kontekście). Może pokaż statystyki dot. liczby lekarzy zarabiających 40-100k, uwzględniając wszystkie dodatki (dyżury etc.) a nie czystą pensję ( ͡° ͜ʖ ͡°) 4 wizyty w godzinie, 300+ każda. Załóżmy, że przychodnia zabiera 50%. I tak wychodzi kilka tysięcy dniówki.
Moderator mkarweta
Autor anonima
mirko_anonim
Opublikowane
sumienny-sympatyk-8 pisze:
3/3“Niektórzy wykopowi lekarze straszą obniżeniem jakości kształcenia przy zwięszeniu liczby miejsc na uczelniach i napływem gorzej wykształconych lekarzy z zagranicy. OK, pewnie faktycznie nie chciałbym, żeby taki lekarz mnie operował. Ale żeby wypisać receptę w POZ taki lekarz mi wystarczy.” Okej, możesz mieć takie zdanie. Ale siłą rzeczy tacy lekarze nie będą tylko wypisywali recept. Będą też pracować na oddziałach, w sorach, w przychodniach. Mocno się to odbije na jakości. Już teraz widzę, że zaczyna się to odbijać, a jesteśmy dopiero na przedprożu właściwego napływu tych mas absolwentów zwiększonych naborów. Zaraz dojdą absolwenci neouczelni. Jak faktycznie spadnie jakość to dopiero będzie larum, że lekarze szkodzą i się nie znają na robocie. No niestety proces kształcenia prawdziwego specjalisty trwa lata. Nawet zwykła recepta źle wypisana może człowiekowi sprawić taką szkodę, że trafi do szpitala, bo jak mówiłem wyżej - medycyna jest bardzo zniuansowana. Znacznie bardziej, niż się przeciętnemu zjadaczowi chleba wydaje. I niestety wśród nas, łapiduchów, jest niemałe grono, które niestety nie dowozi nawet na takim prostym poziomie. To znów wynika z kiepskiego systemu kształcenia, któr u nas potwornie kuleje. Jest w zasadzie cały napisany na kolanie, bardzo mocno pozbawiony kontaktu z realiami i potrzebami. Jeden mistrz musi na kilka lat wziąć pod swoje skrzydła jednego, maks dwóch ambitnych młodzików i powoli wtłaczać im do głów lata swoich doświadczeń. Inaczej nie da się tego zrobić. Nie nauczysz się operować z książki czy z chatemGPT. Nie nauczysz się robić dobrej jakości badań robiąc to samemu, bez nadzoru. Albo się nauczysz, ale będziesz to robić znacznie gorzej niż ktoś, kogo szkolił mistrz. Tu nie ma żadnego rozwiązania. Po prostu ten proces trwa i nie da się go przyspieszyć. Jedynie od siebie mógłbym tu otwarcie przyznać, że często specjaliści nie chcą uczyć młodych. Często im bardziej przeszkadzamy w pracy. Tu widzę jakieś pole do poprawy, nowego ustawodawstwa i zmian w całej idei kształcenia. W zasadzie to nawet sporo, ale tu nie będę się rozpisywał, bo to temat na osobną rozprawę. Przykra historia. Niestety takie sytuacje się zdarzają. Nie będę tu ani nikogo bronił, ani krytykował. Znowu natomiast zaznaczę, że medycyna jest zniuansowana. Pacjent X przez jednego może być zoperowany, przez drugiego nie. Oba postępowania mogą być słuszne. Tylko, że to wymaga dłuugiej analizy, twardych danych i osobnej dyskusji. Znowu kłania się ten legendarny lodowiec. Widzimy tylko czubek, bez tego co się czai w głębi.Nie ma holistycznego podejścia i nie będzie. Holistyczne podejście skończyło się w latach 90. Medycyna jest przepastną dziedziną wiedzy i niemożliwym jest pojąć ją całą przez jednego lekarza. Jeśli ktoś z nas twierdzi, że zna się na wszystkim to kłamie. Jeśli pacjent oczekuje, że ktoś będzie się znał na wszystkim to jest to płonna nadzieja. W dzisiejszych czasach medycyna opiera się na współdzieleniu procesów diagnostyczno-terapeutycznych przez zespoły złożone przez specjalistów z różnych dziedzin, bo dysponujemy tak głęboką wiedzą o diagnostyce, patofizjologii, farmakologii, różnych rodzajach operacji, metodach dalszego prowadzenia chorych, że po prostu trzeba się łączyć w teamy. Holistyczne podejście to miał Antoni Kosiba. Dziś to nie do osiągnięcia. Ale żeby to zrozumieć to niestety raczej trzeba przejść 6 lat studiów, a potem zacząć pracę, żeby to dostrzec. Ja sam mam przed sobą jeszcze wieele lat nauki i poszerzania swojego doświadczenia. Nie ma omnibusów. Nie ma i nie będzie. A im bardziej poszerzymy nasz postęp tym bardziej będziemy się subspecjalizować. I tym mniej holsityczne stanie się nasze podejście. To cena jaką płacimy za tzw. EBM, czyli medycynę opartą na twardych naukowych danych. Dziennie produkowane jest tyle wiedzy, że nikt z nas nie dałby rady być na bieżąco i jeszcze leczyć ludzi. Doba ma tylko 24 godziny dla wszystkich nas. Teraz mamy takie czasy, że są lekarze, którzy zajmują się nawet tylko jedną konkretną chorobą. Tylko ją diagnozują, tylko ją leczą, tylko ją operują. Bo jeszcze kilkadziesiąt lat temu takiego pacjenta spisałoby się na straty wobec braku możliwości zaopatrzenia go w sposób dający szansę na wyleczenie.Tak, tak jest. Zgadzam się. Jednakże nie wszyscy tacy są i wrzucanie nas wszystkich do jednego wora jest krzywdzące. Odechciewa się pracować. Ponadto taka zmasowana nawałnica zarzutów i krytyki tylko pogłębia tę przepaść między nami. Lekarze okopują się w swoim syndromie okupowanej twierdzy i dialog coraz bardziej zanika. Stąd też moja motywacja, żeby napisać cały ten tekst.To już po prostu krzywdzący pojazd na mnie i moją grupę zawodową z czym się nie zgadzam. Zdziwilibyście się iluż naszych rodaków przyjeżdża zza granicy, żeby diagnozować się czy leczyć na NFZ, bo np w takim NHS, czy nawet w Niemczech nie mogą otrzymać pomocy. Ale to mój anegdotyczny dowód przeciw Twojemu, więc żadnego porozumienia w punkcie 10. nie osiągniemy. Jak na nasze skromne finansowanie w polskim systemie świadczymy bardzo wiele usług, często na high-endowym poziomie. Odpowiednie wskaźniki wskazują jasno, że pieniądze w polskim systemie wydawane są paradoksalnie bardzo efektywnie. Teksty, że lekarze przeżerają środki to bajki wymyślone przez dyrektorów szpitali i urzędników NFZ i Ministerstwa, którzy nie mają dość pomysłów na dalsze udoskonalenia. Albo nie mają woli ich wdrażania w życie. Przeciętna oczekiwana długość życia w Polsce wzrosła i będzie rosnąć, tak samo oczekiwana długość życia mierzonego jakością. Obserwuję wprowadzanie nowych systemów jak opieka koordynowana, centralna e-rejestracja. To zmiany w dobrym kierunku. Zostaje jeszcze masa kwestii do rozwiązania, ale siedząc w środku tego systemu nie pozostaje mi nic innego jak stwierdzić, że rodacy nie mają odpowiednich kompetencji do pełnej, rzetelnej oceny naszego systemu, bo to ekstremalnie złożony problem. Daleko bardziej złożony niż “nawet jak zapłacisz kilka tysi w prywacie to ci nie pomogą i w ogóle jest do dupy, ergo powinno się wszystkim konowałom kazać odpracowywać za studia w kamieniołomach albo chociaż obciąć pensje o połowę to będzie dobrze” - otóż nie, nie będzie. Będzie jeszcze gorzej. Podsumowując - w NFZ jest tak 6/10. Nie ma dramatu, ale jest bardzo dużo do poprawy. Niestety jeśli się chce jeździć mercedesem, a kasę się ma tyko na używaną Toyotę, to trzeba dylać tą Toyotą. Albo uciułać kasę na nowiutką C klasę. Pozdrawiam serdecznie.
Moderator mkarweta
Anonimowy użytkownik
mirko_anonim
Opublikowane
sumienny-sympatyk-8 pisze:
2/3z dupą - każdy ma własną. Mam też wielu kolegów, którzy wcale nie mają tak zapchanych kalendarzy, ale o tym się nie mówi, bo przykłady nienegatywne nikną na tle tych przypadków stricte negatywnych. Czasem pojawia się tu argument, że nawet kierowca tira ma tachometr i po jakimś dystansie musi się zatrzymać. Tyle, że opieka zdrowia nie może się zatrzymać, bo może chodzić o czyjeś życie. Spójrzmy na to w ten sposób: im więcej pacjentów dr przyjmie w swoim gabinecie tym krótsze ma kolejki. Rzecz jasna 10-minutowa wizyta będzie mniej dokładna, ale sami nawet tu w komentarzach zwracacie uwagę, że już wolicie lekarza byleby był, niż żeby miało go nie być wcale. Sam pracowałem w takim miejscu, gdzie firma narzuciła mi tempo na poziomie dokładnie 12,5 minuty na pacjenta. Jak się nie wyrabiałem, to kierowniczka zwracała mi uwagę, pacjenci narzekali i generalnie była draka. Razu jednego wyszedłem na korytarz, bo już co otwierałem drzwi, żeby zaprosić następnego pacjenta słyszałem przykre komentarze, że po co wyznaczam godzinę wizyty jak się ich nie trzymam. Po pierwsze nie ja wyznaczam godziny tylko kierownictwo, po drugie wolicie państwo, żebym każdego na siłę dopasowywał do schematu czy mam jednak się bardziej wnikliwie wgryźć w historię choroby? Nastała cisza. Bo pacjenci niestety tkwią w takiej smutnej dychotomii. Z jednej strony ma być szybko i najlepiej prosto z ulicy, z drugiej strony doktor na mnie nie patrzy, śpieszy się, nie słucha o wnukach. Z jednej strony ma być tanio, bo reszta społeczeństwa nie zarabia 100 000zł co miesiąc z drugiej strony ma być profesjonalnie (skomplikwane badania laboratoryjne czy obrazowe są drogie, więc ceny rosną proporcjonalnie do potrzeb), ale z drugiej strony ma być full profeska jak w Mayo Clinic albo w innym Housie. No tak się nie da po prostu i to nawet już nie jest kwestia wadliwej konstrukcji systemu tylko kontradykcji w oczekiwaniach pacjentów. Btw “większość specjalizacji nie wymaga drogiego sprzętu” - to wierutna bzdura. Aparat do USG, z którego skorzysta zarówno radiolog, internista, kardiolog, chirurg, ortopeda, anestezjolog, gastroenterolog i praktycznie większość innych specjalizacji to sprzęty które kosztują od 100 000zł w górę. Takie na prawdę high-endowe nawet i pół bańki. Jeden z tych 430 lekarze faktycznie kupi sobie taki od ręki, reszta z nas, którzy zarabiamy jednak znacznie skromniej bierzemy taki sprzęt na raty - wówczas cena każdej wizyty zawiera w sobie między innymi tę ratę oraz ubezpieczenie i serwis tego sprzętu. Tak, serwis potrafi kosztować kilkanaście do kilkudziesięciu tysięcy. Co prawda nie miesięcznie tylko raczej rocznie, 2-letnio, ale trzeba to wliczyć. Nie mówię już o jakichś aparatach służących do zabiegów jak np lasery. Jak znacie jakiegoś okulistę to spytajcie ile kosztuje wyposażenie porządnego gabinetu. Mieszkanie człowiek za to kupi. Nie mówię o okuliście dobierającym okulary, tylko takim, który robi laserowe korekcje soczewki czy OCT. Masa domorosłych ekspertów z internetu po prostu nie ma o tym wszystkim pojęcia, bo są spoza branży. I ja im to wybaczam, bo domyślam się, że jak się ma w głowie przede wszystkim tych chciwulców wyciągających 100 koła za jakieś tam, phi, “oblucje” serca, to się można wkurzyć. Tylko, że niestety większość widzi tylko czubek góry lodowej, nie mając pojęcia jak daleko ten lodowiec drąży w głąb oceanu.Tak, to prawda. Jest sporo ludzi-receptomatów. Jak dla mnie to trochę uwłaczające, ale tak jest, bo taka jest potrzeba rynku. Ktoś jest gotów za to zapłacić, więc znajduje się ktoś, kto jest gotów taką usługę świadczyć. Jest masa pracy do zrobienia w lecznictwie szpitalnym, które zajmuje się naprawdę poważnymi przypadkami. Po godzinach nie chce się ludziom siedzieć za biurkiem i wypisywać antybiotyków. Więc w tę niszę wchodzą ludzie z małym kompetencjami, świeżo po studiach. A jako, że pacjenci chcą mieć wszystko zaraz, teraz, natychmiast, to zapłacą te 30 zł za receptę, bo to przecież niewiele. W tym czasie koledzy zrobią takich recept kilkanaście. Wygenerują dla firmy kilkaset złotych zysku. Firm jest wiele, więc muszą jakoś zachęcić takich lekarzy, żeby właśnie u nich “skręcali długopisy”. Zatem kuszą wysokimi stawkami. Im więcej długopisów skręcisz tym więcej dostaniesz. No to skręcasz jak maszyna. Przy czym ja uważam, że to akurat powinno być mocno ograniczone. Wypisywanie leków ludziom w ciemno, bez zaświadczeń, bez badania, bez wczytania się w historię uważam za niedopuszczalne, bo łatwo o błąd. Tak ja, bleee, lekarz. Konował. Czy jak tam chcecie. A swoją drogą co rusz pojawia się komentarz, że w ogóle po co te recepty, sami ludzie by sobie kupowali leki, po wyczytaniu w necie co im jest i byłoby dobrze. No niestety tak nie jest. Farmakologia jest bardzo trudnym przedmiotem i niezwykle zniuansowaną dziedziną wiedzy. Bardzo łatwo i szkodliwe interakcje między lekami, dobieranie odpowiedniej dawki też wymaga wprawy. Często w swojej pracy spotykam się z pacjentami prowadzonymi ewidentnie źle i to przez całe lata. I to przez kolegów/koleżanki lekarzy. Ciężko mi sobie wyobrazić co by było, gdyby pacjenci sami się leczyli. Rezydentura trwa najczęściej od 5 do 6 lat. I to po 6 latach studiów i roku stażu. Na studiach jest tyle nauki, że sobie nie popracujesz, a jeśli nawet coś z doskoku, to nie są to kokosy. Dopiero na stażu dostaje się coś około 5000 na rękę przy czym nie ma możliwości dorobienia, bo prawnie Prawo Wykonywania Zawodu na stażu ograniczone jest do miejsca odbywania stażu i wolno pracować tylko pod nadzorem kogoś z pełnym PWZ. Nie dorobisz sobie w prywwantym gabinecie czy SORze za 10mln / godz, bo nie ma takiej możliwości. Czyli de facto najszybciej 7 lat po maturze zaczynasz coś zarabiać. Mało kto otwiera prywatny gabinet na początku specjalizacji, bo de facto bardzo mało jeszcze umiesz, a w prywacie odpowiadasz za siebie w 100%. Mam sporo znajomych z branży - praktycznie nikt nie świadczy usług z zakresu swojej specjalizacji w prywacie, bo brakuje umiejętności i doświadczenia. Za to dorabiamy w SORach, POZach czy NPLach. Czyli chałturzymy po nocach lub w weekendy. Spraw karnych jest rzeczywiście mało, za to cywilnych sporo. Znacznie więcej niż się ludziom wydaje. Idźmy dalej - specka to jak powiedziałem 5-6 lat. Czyli de facto maszynką do zarabiania pieniędzy można (ale nie trzeba, bo jak nie masz jakiś wyjątkowych, twardych umiejętności, to jesteś szeregowy łapiduch i tyle) się stać dopiero mocno po 30tce. Moi obrotni rówieśnicy mają już teraz pobudowane domy, dzieci itd. Ja i wiele innych osób w mojej sytuacji wchodzimy na rynek pracy z opóźnieniem, niemniej jest to już taki etap życia, że potrzebuje się nadrobić stracone lata. Ma się już dzieci, potrzeba większego mieszkania. Wbrew temu co można sądzić też jesteśmy ludźmi i mamy ludzkie potrzeby. Ale też bywamy chciwi. Jak większość Polaków - nie neguję tego.No ale to prawda. Rezydenturę odbywa się na podstawie umowy o pracę. Wszyscy w połowie roku wpadamy w drugi próg podatkowy jak każdy przeciętny zjadacz chleba. Może ktoś zbudował dom za dodatki covidowe, nie wykluczam. Nie znam jednak nikogo takiego, a w szpitalu covidowym pracowałem na podstawie nakazu wojewody. Jeśli ktoś dostawał jakieś wielkie dodatki, to chyba się dałem mocno wyruchać. Z resztą covid to był bardzo specyficzny czas. Obnażył dużo niedomóg naszego kraju. Sytuacja była wręcz wojenna. Nakazy pracy, zamykanie oddziałów. Pacjenci mocno stracili, personel ucierpiał na swój sposób. Jak ktoś się załapał na jakąś większą kasę no to cóż. Wy byście nie brali, de facto, legalnie zarobionych pieniędzy?
Moderator mkarweta
Anonimowy użytkownik
mirko_anonim
Opublikowane
sumienny-sympatyk-8 pisze:
1/3Do tej pory tylko przeglądam treści na mikroblogu, ale tym razem postanowiłem zrobić wyjątek i odpowiedzieć. Być może będzie to przyczynek do ciekawej wymiany zdań. Na wstępie od razu powiem, sam jestem lekarzem w trakcie wąskiej specjalizacji w dużym, acz niewojewódzkim mieście. Praca na oddziale jest moją jedyną. Tak jak Ty, będę odpowiadał w punktach.Zarobki rzędu ponad 100 tys. zł miesięcznie, już nie istotne czy brutto czy netto, o których wspominasz to jednak dalej rzadkość. Wcale nie jest tak, że powiatowi lekarze tyle zarabiają. Rzeczywiście co rusz pojawiają się medialne doniesienia, że kolejny lekarz świeżo po stażu bierze fuchę na sorze w jakimś Wygwizdowie Kolonii i na start oferują mu właśnie te mityczne 100 koła na miesiąc. No więc tak to nie wygląda, a jeśli rzeczywiście tak jest to sytuacje takie należą do rzadkości i są spowodowane czynnikami stricte rynkowymi. SOR to jeden z najgorszych frontów pracy. Ogromne obciążenie stresem z powodu zjawiających się tam bardzo ciężkich przypadków na granicy śmierci. Dużo można pisać w necie, ale dopóki się tego samemu nie przeżyje to naprawdę nie ma co zabierać głosu w tej sprawie. Na szczęście takich przypadków na jednym dyżurze zazwyczaj jest kilka, czasem nawet 0 - i bardzo dobrze, mówimy tu wszakże o czyimś zagrożonym życiu. Pomiędzy tymi odosobnionymi przypadkami czeka jednak na poczekalni masa po prostu pierdół, które zatykają SORy i powodują długie kolejki, które frustrują tak pacjentów jak i personel. Tak, personel. Ludzie się niecierpliwią, na SORach panoszy się chamstwo. Personel bywa bardzo zgnuśniały, ale pacjenci oczekujący wiele godzin w kolejce również dają popalić. Atmosfera pracy często jest nieznośna, bo pracownicy również względem siebie potrafią być bardzo nieprzyjemni. Zacznijmy od tego, że często ci ludzie w ogóle nie powinni się tam znaleźć. Brakuje w naszym systemie jednostki pośredniej pomiędzy SOR, a POZ, gdzie właśnie takie umiarkowane przypadki powinny być przyjmowane i obsługiwane. Szpitalny Oddział Ratunkowy tak naprawdę powinien być zamknięty i tylko personel powinien mieć możliwość wprowadzenia tam pacjenta - czy to karetka przez podjazd czy to Izba Przyjęć. To właśnie coś na kształt IP powinien obskakiwać wszystkich tych ludzi, którzy dziś mają na SOR niebieski, zielony, lub nawet żółty triage. Ta idea jest w naszych warunkach niestety niemożliwa do spełnienia, ponieważ reforma takiego systemu ratownictwa medycznego w szpitalach wymagałaby ogromnych nakładów finansowych, których jak wiadomo - nie ma skąd wziąć, o czym jeszcze rozpiszę się dalej. Chociaż faktycznie często stawki SORowskie są bardzo kuszące, ale to właśnie dlatego, że mało kto po ukończeniu specjalizacji i szerokim wachlarzu możliwości dalszej pracy chce pracować w tych hutach, zakładach przetwórstwa mięsnego czy jak kto lubi to nazywać. Praca jest po prostu bardzo obciążająca, męcząca i niełatwa. Tak, niełatwa. Wiele osób pisze w necie, że oni to by bez problemu pacjenta przyjęli / zdiagnozowali / zoperowali / przekazali dalej / zbadali / wypisali, bo jaka w tym trudność. Otóż każdy kto tak mówi nie ma pojęcia o czym tak naprawdę rozprawia. Medycyna jest dziedziną niezwykle zniuansowaną i żeby swoją robotę robić dobrze, trzeba naprawdę wiele czasu, nie tylko ciężkich studiów, ale po prostu stażu zawodowego, żeby nie robić ludziom krzywdy, a wręcz pomagać. Może się to komuś spoza branży wydawać niepojęte i zada mi kłam, ale praktycznie każdy przypadek jest w jakimś sensie inny. I każdy taki przypadek wymaga odpowiedniego podejścia. Gdyby to było proste jak skręcanie długopisów, to byłoby znacznie więcej lekarzy, ale o tym też później. Podsumowując - największe stawki sięgające właśnie kilkaset tysięcy miesięcznie osiąga jakieś 430 lekarzy (dane AOTMiT za 2024r.). Często są to na przykład radiolodzy interwencyjni czy kardiolodzy inwazyjni. Ci ludzie wykonują bardzo skomplikowane, trudne technicznie operacje typu odsysanie zatorów z tętnic mózgu u pacjentów z udarami albo ablacje serca, które polegają na wypalaniu go od środka. Czytałem kilka komentarzy w necie, które twierdziły, że co to za filozofia i to przecież prosty zabieg, skąd w ogóle pomysł, żeby ci ludzie tyle zarabiali. Otóż jest to kompletna bzdura. To ekstremalnie ciężkie operacje, które wymagają osiągnięcia mistrzostwa we wszystkich pośrednich szczeblach kariery i dopiero około 40tki lub nawet później można powiedzieć, że jest się w temacie w miarę sprawnym. W moim szpitalu wykonuje się takie zabiegi, mam szansę je obserwować z bliska, niejako od kuchni, no i po prostu wiem co mówię, chociaż jestem zwykłym anonem z neta i mamy wszyscy takie samo prawo do wypowiedzi. Ludzi, którzy coś takiego potrafią i to tak, żeby robić to bez powikłań (co i tak jest niemożliwe, bo powikłania ma każdy z nas - to jest nie do uniknięcia czy to w Polsce, czy w Niemczech, czy w Stanach, czy gdziekolwiek indziej. Statystyki nie oszukasz) jest bardzo niewiele, a pacjentów niestety niewspółmiernie dużo. Społeczeństwo się starzeje, więc ludzi potrzebujących takich zabiegów przybywa, a liczba operatorów niestety zwiększa się niewspółmiernie wolniej. Wobec czego zarządy szpitali oczekują, że taki pojętny doktor, będzie robił zabieg za zabiegiem najlepiej codziennie i jeszcze dyżurował. No i tacy ludzie, od pierwszych lat studiów przyzwyczajani do pracy w ilości ponadprzeciętnej (sam zarywałem wiele nocy podczas studiów, żeby ogarnąć bardzo obszerny materiał), po prostu to robią. Skąd więc tak wysokie zarobki? To bardzo proste. Szpital oferuje usługę - dajmy na to tę ablację. NFZ ma katalog świadczeń i odgórnie ustalone ceny ile płaci szpitalowi za taki zabieg. W całej tej kasie szpital musi opłacić zużyty sprzęt, trzymanie sprzętu niezużywalnego, media, pracowników, ubezpieczenia itd. W ramach kontraktu podpisuje z lekarzem umowę, że odpali mu dajmy na to 5% (nie słyszałem o kontraktach powyżej 10%, a przynajmniej w mojej i jej pokrewnych, dziedzinie - dodam, że zabiegowej). Tak więc jeśli lekarz na koniec wystawia fakturę na 100 000 zł, to znaczy, że szpital przytulił 1 000 000 zł. Tak więc obalamy od razu mit, że źli lekarze przejadają zyski szpitala. Otóż nie, na takich drogich zabiegach szpitale zarabiają kupę pieniędzy, dlatego też między innymi tak naciskają na operatorów, żeby robili przez 24 godziny dziennie. Przy okazji doktor zarobi, no bo siłą rzeczy trzeba mu coś odpalić. Tu może się pojawić zarzut, że taki lekarz pracuje za dużo, jest przemęczony i łatwiej o pomyłkę owocującą w powikłanie. I to bardzo słuszna uwaga, też uważam, że powinno się wymagać mniej. Niestety jeśli będziemy operować mniej, to wydłużą się kolejki, a na nas posypią gromy, że się lenimy i wolimy przyjmować w prywacie zamiast ratować biednych chorych, którym raz przeszkadza, że ktoś zarabia za dużo, bo pracuje dużo (ci najlepiej zarabiający naprawdę pracują po 300 godzin w miesiącu), a raz przeszkadza im, że nie pracują w systemie i kolejki są długie. Mamy w Polsce mieszany model opieki zdrowia i lekarze mogą prowadzić działalność prywatną poza publicznym systemem. To po prostu dozwolone. Wybaczcie, ale ciężko mi uwierzyć, że gdybyście sami mieli taką okazję to byście z niej nie korzystali. Polacy są po prostu chciwi. Dotyczy to w takim samym stopniu lekarzy co przedsiębiorców, informatyków, polityków itd. Natomiast zgadzam się, że bardzo często się przesadza i nie powinno tak być. Niemniej nie mamy na to żadnych argumentów prawnych, a jedynie moralne, przy czym z moralnością jest jak
Moderator mkarweta
Anonimowy użytkownik
mirko_anonim
Opublikowane
@dr_Batman: Z anonima, bo aktualnie nie udzielam się na Wykopie. To, że odwołujecie się do kwestii anonimowości, a nie do meritum, pokazuje tylko, że chyba jednak trafna była moja diagnoza xD Szkoda że nie odniosłaś się nawet do jednego z punktu z listy. Poza tym nawet gdy udzielałem się dawniej na Wykopie to zdarzało mi się korzystać z ówczesnych AnonimowychMirkowyznań w kwestiach dotyczących zarobków czy zdrowia (bo po co ktoś ma wiedzieć jakie mam problemy zdrowotne; a nie wykluczam, że przywołam w tym wątku inne przykłady ze swojej historii medycznej). A w kwestii płacenia, to owszem, płacą mi za ciężką pracę na etacie, z której odprowadzane są dziesiątki tys. PLN składki zdrowotnej rocznie i dodatkowo w zależności od roku wydaję od kilku do kilkunastu tys. PLN w systemie prywatnym. Ale zależy mi na zdrowiu, więc zazwyczaj i tak muszę dodatkowo sam spędzać czas na PubMedzie, mimo wydawania ciężkich pieniędzy xD
Moderator Dipolarny
Autor anonima

Komentarze z Wykopu

Sprawdzamy liczbę komentarzy...

Zobacz wszystkie wpisy

Akcje

Otwórz wpis na wykop.pl
Klucz publiczny:

mr0745u8iq6jgs3o8kqx58hu

Dodane: 27 września 2025 - 18:08:29
Opublikowane

Autor był widziany11 miesięcy temu