Cześć Mirki. Ja mam do was pytanie. Stwierdziłem dzisiaj, że ze względu na ciągłe absorbowanie mnie sprawami rodzinnymi (mam ponad 100 km) nie chce mi się jechać na święta. Ogólnie jestem skonfliktowany z rodziną, ale ze względu na babcię, która niedawno zmarła zaciskałem zęby i jeździłem z ojcem na zmianę do ośrodka czy straciłem kilka dni na okres między śmiercią a pogrzebem, jakby to był mój obowiązek albo ja był jakimś spadkobiercą. Wcześniej to ja oczywiście musiałem odhaczać wszelkie święta, urodziny, imieniny, pomagać (bo my starzy i chorzy) czy nawet "dawno nie byłeś, przyjedź proszę". Dosłownie w wizytach było 1 do 10 albo i więcej na tle reszty rodzeństwa, Do tego jeszcze regularnie nocowałem matkę w skromnej kawalerce, bo musiała się leczyć.Jak zacząłem głośno pytać rodziców, to cytując rodziców: oni mieszkają dalej i mają dzieci, dlatego wiecznie się mnie wzywa do pomocy, a raczej towarzystwa. Uprzejmie powiadomiłem, że nie przewiduję w tym roku przyjazdu na święta wielkanocne, bo inni nigdy nie muszą przyjeżdżać i w rodzinie nikt nie jest wierzący. Reakcja matki? Płacz, że jest jej przykro, zaczęli już przygotowania i oczywiście tylko ja miałem być gościem, bo reszta naturalnie wyjebongo. Pewnie się boi przekazać wieści ojcu, bo on miał największą chorobę sierocą. Z resztą rodzeństwa nie widzieli się jakieś półroku, ze mną 3 tygodnie temu i z 10 razy od czasu ostatniego spotkania. W domu nigdy nie było ciepłej rodzinnej atmosfery i bardziej jeźdźiłem z poczucia obowiązku niż miłości rodzinnej, ale owo po śmierci babci wygasło.Czy u was też tak jest, że jednemu dorosłemu dziecku w rodzinie wiecznie się zawraca tyłek, a reszta ma spokój? I czy to jest wielka niegrzeczność, że się olewa święta?#rodzina #swieta

