Poznałem niedawno kobietę i pozornie wszystko jest ok - bardzo szybko złapaliśmy wspólny vibe. Podobamy się sobie wzajemnie, akceptuje ona wszystkie moje wady - a zapewniam, niczego nie ukrywam przed nią, ponieważ w moim wieku szkoda mi czasu na gry i zabawy, zależy mi na stałej relacji, bo dążę do ustatkowania się. Ja z kolei akceptuję fakt, że ona jest od niedawna na początku ścieżki rozwodowej z jej mężem - byli razem jakieś 16 lat po czym facet okazał się mieć syndrom Piotrusia Pana i wielokrotnie zdradzał ją z młodszymi studentkami (wykłada na politechnice). Oczywiście wspieram ją w tym i zapewnia mnie ona, że nie jestem po prostu przeciwwagą, czy narzędziem do odegrania się na jej mężu.W czym więc problem?Problem jest nie w niej, a we mnie - przyznaję się bez bicia. Dziewczyna przyznała mi się do tego, że ma zdiagnozowaną chorobę dwubiegunową. Twierdzi, że od lat jest na lekach i nie ma objawów. Z jednej strony widzę, że jest ona szczera ze mną i nie wydaje się kłamać. Z drugiej strony mam strach co do jej choroby. Niby czytam artykuły o tym jak funkcjonują związki z osobą z taką chorobą, ale nie daje mi to konkretnego oglądu - te artykuły są strasznie uogólnione i nie raz nacechowane marketingowo... Boję się, że jak zadecyduję się zaangażować, to wejdę w jakieś bagno albo że ja okażę się finalnie nie być facetem odpowiednim dla niej. Dziewczyna bez tego już ma ciężko przez rozwód, nie chciałbym jej dodatkowo zranić.Czy ktoś z Was jest w takim związku osoby zdrowej z osobą z chorobą dwubiegunową? Jak to u Was wygląda w praktyce? Czy faktycznie mam się czego obawiać, czy może to po prostu mój umysł za bardzo świruje? #zwiazki #psychologia #psychiatria

