Piszę tutaj, bo nie mam komu o tym opowiedzieć i się wyżalić. Od 3 lat jestem w związku na odległość. Każdy z nas miał dokończyć swoje rzeczy i od sierpnia tego roku mieliśmy razem zamieszkać - w innym mieście, które wybraliśmy w ramach kompromisu. Ja temat wspólnego mieszkania poruszałam już conajmniej rok temu, wiele razy mówiłam, że ciężko mi na odległość i chciałabym zacząć żyć z nim normalnie a nie od spotkania do spotkania. Ale ze względu na jego problemy zgodziłam się poczekać. W czym więc problem? Ja znalazłam pracę w miejscu docelowym od sierpnia, lepiej płatną i z lepszymi perspektywami rozwoju. Natomiast mój partner ostatnio zaczął marudzić, że do byle jakiej pracy nie pójdzie, ma swoje wymagania, będzie szukał ale jak nie dostanie tego co chce to zostaje w obecnej, bo tu może robić full nadgodzin i dobrze mu płacą. Nie powiem, trochę mnie to zabolało i poczułam się źle. Z jednej strony rozumiem, ale z drugiej po tylu latach i w naszym wieku (27 i 30 lat) dążenie do wspólnego mieszkania i wspólnej codzienności powinno być chyba naturalne? Kocham go, ale chciałabym już myśleć o rodzinie, nawet nie o dzieciach, ale po prostu o przejściu dalej po takim czasie. Ja jestem na to gotowa, ale mam wrażenie że mój partner nie... albo nie jest gotowy zrobić tego ze mną. Mój partner twierdzi, że ja jestem pesymistką i wszystko widzę źle, ale czy naprawdę przesadzam z tym że poczułam się rozczarowana jak widzę że nasza umowa i moje uczucia z jednej strony jest nie do końca traktowana poważnie?#zwiazki #pytanie #zalpost

