Z mojej perspektywy to wygląda tak: jestem wierząca, chodzę do kościoła, nie należałam nigdy do żadnych wspólnot, bo dziewczyny z nich są zbyt dynamiczne i czasem nieszczerze (spotkałam wiele takich osób, które należa do tych grup, a potrafią być np. tyranami w pracy, nie szanują ludzi). Nie uważam się za osobę bez skazy, nawet miałam kiedyś (początkowo myślałam, że spokojnego) chłopaka. On nie chodził do kościoła i wiele razy nasmiewal się z mojej wiary i poglądów ze swoimi kolegami. Dla nich kobieta to nie człowiek, tylko żywy masturbator do zabawy w stylu porno, chcą mieć zero odpowiedzialności i zobowiazan. Jakiekolwiek zasady nie są ogólnie mile widziane przez facetów. Każdy (nawet ten niby przegryw) woli panią wypinająca się na tik toku, która miała wielu, niż dziewczynę z zasadami moralnymi. Wolę być sama, bo po prostu w takim związku czułam się rozdarta.