Jesteśmy z żoną małżeństwem od 6 lat, znamy się 8. Ostatnio nie jest najlepiej, więc poszliśmy na terapię małżeńską. Po pojawieniu się pierwszej córki bywały problemy i nieporozumienia, ale w miarę w normie i dawaliśmy radę je jakoś rozwiązywać. Po pojawieniu się drugiej, zaczęła się agresja i przemoc w stosunku do mnie ze strony żony.Na terapii ostatnio wyszło szydło z worka. Moja żona od kiedy się poznaliśmy zdecydowała się budować tą relacje na kłamstwie i oszustwie. Godziła się na rzeczy niezgodne z jej przekonaniami, żeby mnie nie stracić (zostanie panią domu i nie pracowanie, przeprowadzka za granicę jeszcze przed ślubem)Teraz nie wiem co z tym wszystkim zrobić. Czuję złość, po ludzku, na to że mnie oszukała i postanowiła tak budować tą relacje, a z drugiej strony czuje chęć pomoc jej, tylko niejednokrotnie ręka wyciągnięta z pomocą była "opluwana", a w oczach mojej żony jestem od dawna wrogiem (co da się wytłumaczyć tym, że według jej rozumowania to ja jestem wrogiem bo dla mnie porzuciła swoje wartości. Racjonalizacja jakaś jest z jej strony, ale błędna)Najbardziej boli mnie to, że jakby temat z jej strony jest przemilczany. Nie słyszę żadnej opcji naprawy, żadnego przepraszam - żyjemy sobie jak i żyliśmy - jak pies z kotem w jednym domu...Terapeutka zaproponowała juz trzeci raz na terapii małżeńskiej, że żona powinna iść na własną terapię. Nic się w tym kierunku nie dzieje, a na moje ostatnie pytanie na ten temat usłyszałem odpowiedź "bez mojej terapii się nie obejdzie". Dzieci z tego wszystkiego najbardziej cierpią i to mnie boli.Czy tu jest jeszcze jakaś opcja naprawy tego czy to juz jest ewidentny koniec? Najbardziej boli uświadomienie sobie, że te uczucia które miałem są tak naprawdę do iluzji osoby z którą pod jednym dachem żyje...#zwiazki #relacje #psychologia #rozwod

