Potrzebuję się wyżalić i posłuchać może jakiejś porady.28 lat, 10k na koncie, zarobki 6200 miesięcznie na UoP. Dorabiam sobie jeszcze w poprzedniej firmie około 800 zł miesięcznie. Aktualnie żyję na wynajmie gdzie płacę 1500 zł miesięcznie za pokój. Zły wybór studiów, wiele wydatków na podróże i zwiedzanie świata doprowadził mnie do miejsce w którym jestem. Pracuje w korpo i staram się zdobywać jakieś umiejętności twarde, ale idzie to ciężko. W jaki sposób mogę zdobyć w tym momencie kredyt na mieszkanie? Jakakolwiek klita kosztuje przynajmniej pół miliona złotych co oznacza 100 wkładu własnego. Co z tego, że powiedzmy, że stać mnie ledwo na kredyt, jak nie mogę uzbierać na wkład własny. Zaczynam się zastanawiać nad wyjazdem za granicę. Większość znajomych już coś ma, jak nie jakiś biznes to dobre stanowisko jako programista. Ja nie mam nic. Czuję się jakbym upadł/przegrał. I piszę o tym tylko dlatego, że z tego wszystkiego zaczynam już odczuwać po prostu ścisk w brzuchu i nie mogę spać. Nie mam żadnych nałogów, uprawiam sport, pracuje, uczę się jakiś nowych rzeczy, ale czuję się jakbym kurwa przegrywał to życie. Myślicie, że to dobry pomysł wyjechać za granicę aby więcej zarabiać? Czy w ogóle da się dostać do korpo za granicą bez wielkich umiejętności? Jedyne co, że angielski mam na bardzo dobrym poziomie. #przegryw #rozkminy #przemyslenia #praca #pracbaza

