Zazdroszczę wszystkim normalnych rodziców. Zawsze psuje mi się nastrój gdy tylko przypomnę sobie o świętach, czy innych okolicznościach, gdy będę musiał ich spotkać. Tak samo zawsze dopadają mnie ponure myśli gdy widzę jak inni normalnie rozmawiają ze swoimi rodzicami albo mówią o relacjach z nimi. Przede wszystkim chodzi o ojca, matce mogę zarzucić bierność i nieziemską cierpliwość do ojca.Problem polega na tym, że chyba podświadomie obwiniam siebie, że jestem złym człowiekiem, bo o ojcu myślę tylko w złych kategoriach. Czasami próbuję sobie to racjonalizować, że mam do tego prawo, albo próbuję przywoływać pozytywne wspomnienia (bo i takie były) i myśleć o ojcu inaczej, ale to niewiele daje.Żeby nie było - nie chodzi o żadną patologię typu alkoholizm czy bicie, tego w domu nie miałem. Po prostu mam wrażenie, że mój stary jest infantylny. Myślę o nim jako o Januszu, który jest odklejony od życia, zawsze musi wpieprzyć się w nie swoje sprawy, mieć rację, udaje mądrego, choć jest całkowicie odwrotnie i wszyscy to widzą, jest przy tym sknerą, co nie boli mnie dlatego, że czegoś żałuje mi, tylko jakie fikołki potrafi wyprawiać, żeby nie oszczędzić. Mam też wrażenie, że on nie ma za bardzo uczuć, a ich substytutem jest opinia jego otoczenia.Mam wrażenie, że jedyne co mu zawdzięczam to szybko osiągnięta samodzielność i umiejętności w wykończeniówce (dzięki czemu wykończyłem sobie mieszkanie), bo przez większość dzieciństwa gonił mnie do roboty w czasie wolnym, oczywiście za free. Zawsze była tylko krytyka, zawsze było źle zrobione, zawsze coś, ale mimo wszystko zawsze do roboty byłem potrzebny i jakby było mało to nawet po latach słyszałem oskarżenia, że rzekomo nie nadaję się do pracy, bo robię specjalnie źle, żeby się od niej wymiksować. Jak w wieku 16 lat poszedłem do płatnej pracy, bo oczywiście żadnego kieszonkowego w życiu nie miałem, to tylko usłyszałem, że jestem frajerem, że chcę dla obcego robić.Ojciec próbował wymusić też na mnie żebym nie szedł na studia, bo on jest po zawodówce i wyszedł na ludzi, no i starszy brat też poszedł do zawodówki, studia nic nie dają, ja sobie nie dam tam rady (choć w szkole zawsze szło mi gładko, byłem jednym z lepszych uczniów w szkole). Żeby było śmieszniej to chciał żebym poszedł na mechanika, tak jak on, choć nigdy dnia w zawodzie nie przepracował... Jeszcze pewnie były inne wymówki, ale najważniejsze - on za to nie zapłaci i nie będzie mnie utrzymywał. Jakoś wtedy mnie to nie martwiło, bo nigdy nie mogłem liczyć na żadne wsparcie i nawet tego nie zakładałem, bo prostu nie spodziewałem się, że będę słuchał dodatkowego pieprzenia na ten temat. Na studia oczywiście poszedłem, co doprowadziło do wielkiej awantury. Na studiach miałem trochę trudniejsze zadanie, bo musiałem utrzymać się sam i żadnego stypendium socjalnego nie miałem, no i musiałem słuchać narzekań i innych bzdur typu, że robię to żeby poczuć się lepszym od rodziny. Podobnie było z zajęciami sportowymi. Sport też mi dobrze wychodził, ale nigdy w tym kierunku się nie rozwijałem, bo ojciec wymyślał jakieś kolejne problemy, a chodziło chyba o to, że bolała go dupa, że jeszcze trzeba by było za coś zapłacić, dać na bilet (sam by nie dał, ale jeszcze matka by dała xD), no i że pewnie w robocie bym nie mógł pomagać. Jak w biurku miałem półkę pełną medali ze szkolnych zawodów to słyszałem tylko, że szkoda, że się to w mojej pracy nie objawia xdStudia wyszły mi na dobre, mam dobrą pracę, dobrze sobie radzę w życiu, na nic nie narzekam pod względem materialnym, ale to oczywiście dziwne zachowania ojca się nie skończyły. Kiedyś wyskoczył do mnie z tekstem, żebym uważał na swoją dziewczynę (obecnie żonę), bo tą interesują tylko moje pieniądze. Nic z tego, że gdy się poznawaliśmy, to ja byłem samodzielnie utrzymującym się studentem na drugim roku, a ta pochodziła z dość dobrze sytuowanej rodziny - rodzice wykształceni, mieli własną firmę. Problem był dlatego, że pochodziła z Ukrainy, więc musiała lecieć na kasę +100 innych stereotypów. Obecnie na szczęście ojciec jakoś ją toleruje (unika niepotrzebnych komentarzy), z wzajemnością - żona traktuje ojca w kategorii ciekawego zjawiska socjologicznego.Ostatnio ojcu na banię siadło, że inni jego koledzy, znajomi, pomagają swoim dzieciom i się chwalą co dla kogo zrobili. W wykonaniu mojego starego wygląda to tak, że mówi o tym jakby mi pomógł gdybym zachowywał się według jego oczekiwań, albo stawia jakieś żądania, albo grozi, że nie pomoże. Ostatnio przyczepił się o to, że z żoną pojechaliśmy na drogie wakacje, że jestem nieodpowiedzialny, że trwonię pieniądze, więc jak już popadnę w problemy, a popadnę na pewno z takim nieodpowiedzialnym stylem życia (bo w dodatku przecież nic nie potrafię), to on mi nie pomoże. Do szału doprowadził go komentarz "przecież i tak mi w niczym nigdy nie pomogłeś, co za różnica?". Kiedyś bardziej nad sobą panowałem i nie prowokowałem kłótni, bo uważałem to za bezcelowe, ale ostatnio coraz bardziej nie mogę się powstrzymać od takich komentarzy. Czasami mam z tego satysfakcję, a czasami myślę, że on i tak nie potrafi tego rozsądnie przetrawić i faktycznie uważa, że ma słuszność. Trochę jestem na siebie zły, że się tym w ogóle przejmuję.Jakby tego było mało przez niego mam beznadziejne relacje ze starszym bratem, na którego patrzę podobnie jak na ojca. Ten wychował sobie kapo, który jest dokładnie taki jak on, ma te same odzywki, te same problemy z dupy, nie zachowuje się jak człowiek w swoim wieku, tylko jak 60-letni Janusz. Mam wrażenie, że jemu w życiu wystarcza aprobata ojca. Tak jak staremu przeszkadza mu sposób zmywania naczyń, odkurzania, czy kierunek zamiatania itd. Obaj nie potrafią wytłumaczyć co im przeszkadza, ale obaj potrafią się przypierdalać, że źle robisz i nie potrafisz.Gdyby tego było mało to jeszcze dobija mnie polityka. W domu jestem lewakiem, bo nie podzielam różnych głupich poglądów ojca i brata, że edukacja nie powinna być finansowana z podatków, że powinniśmy wyrzucić z kraju wszystkich Ukraińców, że trzeba zakazać homoseksualizmu, że za wszystkim stoją żydzi, że muzułmanów trzeba łapać i mordować, bo oni tak robią rzekomo z katolikami. Najbardziej bawi, że według nich nie powinno być żadnych przepisów środowiskowych, bo ludzie sami dbają o swoje miejsce zamieszkania, a odkąd pamiętam stary palił śmieci w piecu, że czasami na podwórku nie dało się przebywać, bo tak drapało w płuca, stąd wiem, jakie to potrzebne xD Ogólnie ich wizja świata jest taka, że wszyscy inni ludzie to debile, oni są najmądrzejsi, wszystko wiedzą najlepiej, tylko jakiś globalny spisek sprawia, że nie wiedzie się im najlepiej. Przez ojca rzadko widuję młodszego brata, który nie chce się nawet pokazywać w domu. Mój starszy brat jest niewiele ode mnie starszy, ma oczywiste triggery, potrafię go usadzić w trzy sekundy komentarzem i dla mnie jest grzeczny. Po prostu nie potrafię patrzeć na jego zachowanie i to co z nim zrobił stary, że jest jego kopią, która nie ma za grosz refleksji, żeby widzieć, że to jest złe. Trochę mi go szkoda, a trochę nie. No i problem polega na tym, że razem z ojcem zaszczuli mojego młodszego brata, wmawiając mu, że nic nie potrafi, jest nieudacznikiem, nic nie osiągnie. Jak tylko skończył 18 lat i szkołę to zaczął pomieszkiwać u mnie, zaczął pracę, na studia mu zabrakło motywacji, choć trochę zachęcałem go. Wyjechał do innego kraju, tam sobie żyje i pracuje i nie ma większej ochoty żeby wracać do Polski. Ale ze mną utrzymuje kontakt.Czasami myślę, że jestem złym dzieckiem, a czasami, że mam syndrom sztokholmski, że w ogóle się z nimi kontaktuję. Strasznie zazdroszczę ludziom, którzy mają adekwatnych starych, którzy mieli w nich oparcie, dla których rodzice albo rodzeństwo było przewodnikami w życiu. Ja mam wrażenie, że moja rodzina to kłody rzucane pod nogi. Ale czasami jestem wdzięczny losowi, że taka sytuacja bardzo mnie zahartowała. Na co dzień nie jest to dla mnie problemem, bo potrafię miesiącami o tym nie myśleć. Ale jak już nachodzi mnie taka refleksja to mam ochotę się wyżalić.#rodzina #zalesie

