Ze swoją #rozowypasek żyjemy dobrze, ona pracuje na pół etatu, ja na full, default city, mieszkanie spłacone. Od września młody poszedł do szkoły to jakoś zaczęło jej się nudzić. Ostatnio chodziła taka zmieszana, coś ją gryzło i w weekend mieliśmy chyba najgorszą do tej pory rozmowę, której za nic się nie spodziewałem. Zdrada? Nie, ani zdrada ani rozwód. Jej się nudzi, szef nie chce dać całego etatu, młody do szkoły poszedł, to ona chce otworzyć gastronomię. Przecież mamy kasę, regularnie kupowane obligi i etf (pozdrawiam #gielda ). Jest lokal niedaleko nas po pizzerii, można wydzierżawić na 5 lat i wziąć 3 osobowy zespół który do tej pory tam pracował, gotowe socjale i umowy typu uber eats, pyszne. No super pomysł, powiedziała, żeby połowę kasy z obligacji i kont maklerskich jej dać i ona sobie poradzi. W zdrowiu i chorobie, ale nie przy skoku na 90% bankructwo, tak? No nie ma szans, możemy tak zrobić, ale bierzemy rozdzielność, bo za rok jak coś się odwali to będziemy bankrutami przy obecnych kosztach takiego lokalu. Oczywiście z płaczem pojechała do swojej matki, ona i szwagierka już z telefonami do mnie że najgorszy cham i że ona jest łaskawa, że się nie rozwiedzie bo by sobie lepszego znalazła. W niedzielę wróciła i do tej pory cisza, powiedziała że dopóki się nie zgodzę to nie mamy o czym rozmawiać. No i w kropce jestem, ale nie po to człowiek całe życie ciężko pracuje, żeby z nudów wbić się w trudny biznes bez doświadczenia i w najlepszym wypadku wyjść na 0? Ja się trzymam, że rozdzielność i niech bierze kasę i powodzenia, innej opcji nie ma. Ja uparty, ona uparta, mamy iść do psychologa czy po prostu jestem debilem? Mi się wydaje, że nie, a co sądzicie? #zwiazki #gastronomia

