Od młodości musiałem rozwiązywać nie swoje problemy: bankructwo - cieszyłem się, jak dostałem zdalną pracę (kilka zleceń) w wieku 17 lat, byłem dusigroszem, zamiast inwestować w siebie to szkoda było mi kupić wodę w sklepie kiedy zabrakło z domu. Do tego przemądrzały tato, który nic zawodowo nie osiągnął ale najlepiej wie co i jak robić, studiować. W sumie ja już po studiach inżynierskich , pracowałem w branży, mam teraz poślizg z pracą ale całe to szambo wybija. Mam krzywe plecy i jedyne co słyszałem w młodości to nie krzyw się, gówno mi to pomogło i te całe lekarzyki na prowincji. Sam ćwiczyłem, później nie ćwiczyłem, później była praca fizyczna i dorosłe życie w młodym wieku. Mama powinna mnie zarejestrować na fizjoterapię kiedy byłem w gimnazjum. Co z tego ze mam wykształcenie jak zwyczajnie chyba pójdę do lekkiej, fizycznej pracy na jakiś czas. Dobrze mi to zrobi na sylwetkę. Pal licho kariera w korpo w r&d. Niech się rekruterzy pytają skąd takie przestoje. Już to robią. Oczywiście ojciec powie lub będzie myślał, że za słaby jestem i że on to mi mówił na jaki kierunek iść i gdzie. Rozumiem, że nie żyję dla nich ale mam już dość, mam dość „walki” z nimi. Jestem taki nim męczony, zmęczony polskim NFZ, mamą. W dodatku powinienem się usamodzielnić (znowu) ale jest ciężko: fizjo, ortodonta, kaucja mieszkaniowa. W dodatku ta powracająca kontrola rodzicielska przy każdym rodzinnym zjeździe. Ojciec nie zrozumie moich problemów, a mama to się przejmie za bardzo i będzie mi truć głowę. Dlatego piszę to tu, muszę to gdzieś wyrzucić, obecnie nie mam komu. #przegryw #lekarz #ortopeda #studbaza #wyznanie

