#przegryw #rodzina #polska #gruz Post dlugi, jak komuś nie chce się czytać tła to niech przejdzie od razu do punktu 2. Ogólnie to o tym jak zostałem wyrzutkiem rodziny. I w sumie piszę to bo chce się wyżalić. Moja dziewczyna mnie wspiera i rozumie ale poziom żalu we mnie jest już zbyt duży i nie chce jej obarczać. Tło:Mam 36 lat i 29 letnią siostrę. Od zawsze życie w rodzinie wyglądało tak, że Marcin może ale nie musi iść na studia. Kasia za to musi iść na studia. Marcin musi sprzątać, Kasia może sprzątać.Jak byliśmy w wieku 5-14 lat to Marcin na pewno dokuczał siostrze a ona była ofiarą. Albo zajęcia dodatkowe - Marcin może na nie chodzić ale ma dojeżdżać sam, siatkówka piłka? Po co to, jak chce niech jeździ. Za to Kasia, zawożona przez rodziców na:-gimnastykę -język niemiecki-grę na fortepianie -korepetycje Polski, matematyka, biologiaJa zaś: -piłka i siatkówka jeździłem sam i słuchałem od rodziców że po co mi to :)-w wieku 15 - 19 obowiązkowa pomoc ojcu przy firmie. Kasia zaś nic. -korepetycji - brak bo przecież idzie do technikum to po co mu to. Usłyszałem że jakbym szedł na studia - to wtedy korepetycje mają sens.Z takich bardziej absurdalnych rzeczy w technikum miałem książkę do elektrotechniki, nauczyciel prosił żeby każdy jednak kupił nową bo są tam ćwiczenia które będziemy robić i prosi o to żeby każdy jednak myślał a nie miał już rozwiązane. To moja matka wpadła na pomysł który pomimo upływu lat wciąż mam przed oczami. Znalazła te książkę gdzieś w jakiejś bibliotece (dość droga w zakupie - około 80 zł) wypożyczyła, kazała mi mazać ołówek a tam gdzie ktoś coś zrobił długopisem to zakrywać kartką i kserować całą książkę. A nie byliśmy biedni…Oczywiście Kasia nowe podręczniki. Z rodzicami zaś zerwałem kontakt na około 2-3 lata w momencie kwestii mieszkaniowych. Co ważne Nigdy nie było mowy że nam pomogą w zakupie mieszkania. Wbrew woli rodziców poszedłem na studia (tak po prawdzie technikum to był ich pomysł nie mój. Wolałem liceum bo tam szło wielu kolegów. Przy czym teraz cieszę się że skończyłem technikum). Wbrew woli bo rodzice wymyślili że ja będe mieszkał z nimi i robił za darmową pomoc w firmie. Argumentacja była prosta, przecież oni mnie utrzymują w domu więc po co mi płacić za pracę. A często było tak że np. Robiłem przy autach do 22-24 a rano do szkoły. Argumentacja mamy? W technikum mniej wymagają to już mam nie przesadzać z nauką a ojciec też wcześnie zaczął pracę zawodową i do czego doszedł…Wracając jednak do zerwania kontaktów. Skończyłem studia w wieku 26lat. Poszedłem o rok później niż inni (po technikum pracowałem). I powtarzałem jeden rok - nieszczęśliwe zakochanie i zamiast myśleć o nauce walczyłem o to by kobieta chciała ze mną być xD Z resztą to mówiła ciotka czyli siostra matki, że o kobietę i dla kobiety trzeba się starać. 1 dziewczynę miałem na studiach więc sporo się nasłuchałem w wieku 16-20 lat że każdy to już w związku z kimś. A ja na związki zwyczajnie kurwa czasu nie miałem . Kuzyn to na garnuszku rodziców do 30 siedział więc i szybko dziewczynę pierwszą poznał. Na magisterce już nie mieszkałem z rodzicami tylko sam i pracowałem. Łatwo nie było ale ciężko też nie jakoś bardzo. Z reszta były o to kłótnie że jestem niewdzięczny, głównie mama miała pretensje bo ojciec sam został z firmą. A ona bawiła się w różne swoje małe biznesy.Miałem 26 lat i poszedłem do 1 pracy, zarobki - 2000 zł. Wynajem 500, jedzenie 600 i zostawało mi miesięcznie po odjęciu biletów paliwa etc… około 400 zł. Oszczędności brak bo kilka lat pracowałem u ojca za darmo (nawet ten rok po technikum). Jak to rodzice mówili: dostaniesz po nas firmę to się nie martw o przyszłość, my też startowaliśmy od 0 (nie zupełnie ale mniejsza z tym :D)Do 30 odkładałem każdy grosz na wkład własny, na wakacje 1 pojechałem jak miałem 31 lat i to były 1 wakacje w życiu. Z rodzicami nie jeździłem bo firma. Za to jak miałem przerwę po technikum to ojciec wziął mamę, siostrę na miesięczny trip po europie. Ja zostałem zająć się firmą. W wieku 31 lat postanowiłem kupić 1 mieszkanie, uzbierałem 119 000 zł wkładu własnego, dobrałem 306 000 kredytu i udało mi się kupić pod Poznaniem 64m2. Do spłaty 590 000 zł. Nie wygląda to super na początku więc kolejne 4 lata spędziłem na zyciu jak nizina społeczna. Każda złotówka oglądana dwa razy, od rodziców zero pomocy bo sobie radzę.W efekcie zostało mi już 105 000 zł kredytu (kapitału). Kosztem ogromnych wyrzeczeń ale za 1-2 lata kredyt będzie spłacony. Czy warto było? Nie wiem, jeżeli zdrowie dopisze to tak, jak za rok dowiem się że mam raka - to nie nie warto. Tyle.Czemu pisze tak dokładnie o finansach? Ponieważ przez ostatnie lata rodzice mieli pretensje że jestem skąpy, że nie kupuję prezentów siostrze a ona mi tak, że odmówiłem kuzynce bycia chrzestnym jej dziecka - z powodów finansowych. Że nie jeżdżę na wakacje tylko mówię że jestem zmęczony. Slysze że inni cieszą się życiem a ja jestem mrukiem. Tak jestem mrukiem ale tylko w domu. Nie wiem czemu ale gdy jadę do rodziców mój humor zmienia się o 180 stopni. Z ojciec nigdy nie miałem normalnej relacji, był zawsze wycofany, pod butem mamy. A dla mamy liczy się tylko moja siostra. Tzn. Ja czasem mam odczucie jakbym był po to by być 2 ojcem bo 1 facet nie wystarczał na utrzymanie domu i strat finansowych generowanych przez mamę (miała kwiaciarnie - padła, miała studio fryzjerskie - padło, miała salon kosmetyczny - padł i wjechał komornik. Obecnie z koleżanką od 8 miesięcy prowadzi lumpeks).Tu tylko wtrącę że nie jestem przegrywem, mam może i ponizej 180 cm :D ale dobra prace i od 1.5 roku dziewczynę. Umiem naprawiać auta, umiem w budowlankę, hobby to fotografia, kajakarstwo.Już ogarnięta nerwica i fobia społeczna. Nerwica to był długi temat jakoś od 12 roku życia się ciągnął. Ciężko mi powiedzieć co było przyczyną. No ale już znów się rozpisałem a co do zerwania kontaktów. Siostra poszła na germanistykę, zarabia po tym marnie. Jak skończyła studia po roku może 2 latach powiedziała podczas obiadu że znalazła mieszkanie do zakupu i jednak będzie kupowała. Zapytałem za co i powiedziała że z oszczędności. Ok - powiedziałem i pomyślałem sobie jakich oszczędności skoro kasę od rodziców wydawała taśmowo na ciuchy, wyjazdy i imprezy. Rodzice tylko się ucieszyli i jej pogratulowali. Jakoś pół roku po tej rozmowę podczas obiadu u dziadków na którym byłem z siostrą, babcia zapytała czy u nas wszystko ok i czy Kasia już kupiła mieszkanie. Powiedziała że tak i czeka na odbiór. Dziadek zaś zapytał mnie jak mi się mieszka i czy jestem zadowolony z zakupu i cieszy się że się tak usamodzielniłem choć tata (mój tata) narzeka że nie ma mu kto pomagać w firmie. Tu jeszcze wtrącę że mówiłem siostrze i rodzicom że może niech ona pomoże ojcu, kobieta może tak samo naprawiać auta jak facet a jak jednak nie to księgowość, papierologia itp. Zawsze z takich propozycji wynikała rodzinna kłótnia.Opowiadałem dziadkowi różne rzeczy i w pewnym momencie powedzial mi ze, jeszcze postara mi się dołożyć kilka tysięcy do mieszkania, i czy rodzice przekazali mi od niego pieniądze poprzednio. Jeżeli ktoś zada pytanie czemu dziadek nie dał mi pieniędzy osobiście - dziadkowie mieszkają w Niemczech i nie czesto ich odwiedzam. Z tego pytania dziadka wyszła rozmowa, i to przy mojej siostrze która nic się nie odzywała. Nawet na nas nie patrzyła. Okazało się, że dziadek dołożył moim rodzicom do wkładu własnego na moje mieszkanie. Problem jest taki że oni dziadkowi wmawiali że dali mi pieniądze. I serio myśleli że się nie dowiem… Więc 60 kilka tysięcy dla mnie dostała moja siostra + to co dali jej rodzice. Siostra kupiła we Wrocławiu mieszkanie za bagatela 600 000 z czego miała ponad 200 000 od rodziców na wkład własny. Dlatego przestałem utrzymywać z rodzicami kontakt na jakiś czas. I nie chodzi tu o brak pomocy - do niej się przyzwyczaiłem. Chodzi tu o nieszczerość. Mam o to ogromny żal do mamy szczególnie. Koniec historii dzieciństwa a teraz część własciwa Punkt 1. Siostra zaczęła mieć problemy w małżeństwie. Nie jest łatwą osobą, rozpieszczona przez rodziców zawsze miała w poważaniu zdanie innych. Jej mąż (w porządku koleś), w końcu nie wytrzymał - pokłócili się o pieniądze. W skrócie, siostra po ślubie wynajęła swoje mieszkanie, spłaca z wynajmu swój kredyt, pensje rozwala na ciuchy, wyjazdy i buty. Czyli od dzieciństwa nic się nie zmieniło. Zamieszkała u męża w mieszkaniu (mniejszym niż jej) i zaczęła mu truć głowę żeby sprzedał to małe mieszkanie i żeby razem wzięli kredyt na większe. On zaś uważa że mogą zamieszkać u niej a jego wynajmować albo sprzedać jej mieszkanie bo więcej dostaną i kupić większe i dobrać wspólnie kredyt. Zapronowal też żeby sprzedali oba i kupili dom blisko Wrocławia. Siostra uparła się że on ma sprzedać swoje i tyle. Skończyło się tym że obecnie ona mieszka u rodziców, on u siebie. Nie ma rozwodu ale 4 miesiące temu się bardzo pokłócili - on zarzucił jej że jest samolubna i myśli tylko o sobie a ona jemu ze on nie ma ambicji i nie chce zrealizować ich wspólnych marzeń - cyrk kurwa. Pkt 2 w komentarzu (limit znaków)

