No dobra, ale po co mi to wszystko?W sensie, samochód, kredyt na mieszkanie? Najchętniej tio bym miał dacze gdzieś w górach i letniskowy gdzieś w ciepłych krajach, no i trzecie coś w kraju, bo serce po właściwej stronie. No jedzenie plus minus droższe, może spożywka nie, ale restauracje to już pewnie? W sumie sam nie wiem. W małych miasteczkach - ponoć ludzie nieprzyjaźni, czasem nawet może im coś z hitlerjugend zostało w głowach i rasizm mocno. Czy awans w zarobkach czy nie, to im dłużej w zawodzie to bardziej też się myśli że w dupie to wszystko, bo ani to mocno nikomu nie potrzebne, ani też świata nie zbawi. Może jakaś mała cegiełka, ale by się zabijać o 5 czy 10% więcej to raczej nie, to już lepiej mieć w miarę zabawny zespół, mniej stresu i lepszy work-life balance.Jak się nie starać - na mieszkanie odłożyć można, ale wywalać większość oszczędności, lub bawić się w kredytowanie jak miliardy ludzi wcześniej, powielając utarty schemat, kierat do samego końca, gonienie króliczka. Na jacht czy jakieś faktyczne marzenia to - jak się nie starać - samemu się nie zarobi, chyba że jakiś ślepy traf, jeden na milion, trafić jak z facebookiem na początku tysiąclecia. Może trzeba jak buddyści, wyzbyć się rządz ( ͡° ͜ʖ ͡°)