Już w dzieciństwie miałem nerwicę natręctw i magiczne myślenie, które swoją drogą, nie wiem z czego wynika, bo nie wspominałem o nim swojemu ostatniemu, byłemu i jedynemu psychiatrze. W związku z tym, kiedyś wylądowałem u psychologa, ale nawet nie pamiętam tej wizyty, nie wiem, co z niej wynikło, a moja matka więcej razy już mnie do psychologa nie zawiozła. Pamiętam też, że od dawna byłem cholernie nieśmiały, a tym bardziej w stronę płci przeciwnej, miałem ogromne problemy z nawiązywaniem znajomości, dalej je zresztą mam na trzeźwo, problemy z nawiązywaniem kontaktu wzrokowego itp. w związku z tym podejrzewano też u mnie spektrum autyzmu, ale jak przed chwilą wspomniałem, wtedy nic w tym kierunku moi rodzice nie zrobili, a ja kiedy wylądowałem później już sam u psychiatry, nie powiedziałem mu nawet o tym, bo nie to było moim problemem. Ale oprócz rzeczy, które wymieniłem przed chwilą, dzieciństwo zniszczył mi jeszcze alkoholizm mojej matki. Żal, wstyd i nienawiść do samego siebie, że to ja jestem na tym miejscu, czułem tylko te rzeczy. Pamiętam nawet, jak raz jako małolat, dorzuciłem matce do piwa jakichś tabletek, bo tak ciążyło mi to na sercu i sprawiało taki ból psychiczny, że wolałem, żeby po prostu odeszła - bicie, straszenie, wyzywanie od najgorszych i wiązanki wulgaryzmów w moją stronę były codziennością. Szedłem do szkoły, gdzie wszyscy wiedzieli o alkoholizmie mojej matki i się z tego nabijali, wracałem do domu, gdzie czekała pijana matka i jedyne co robiłem, to zamykałem się w swoim pokoju i jak najmniej wychodziłem (sytuacja zmieniała się, kiedy przyjeżdżał z delegacji ojciec - on wiedział o problemach matki, ale nic w tym kierunku nie robił, bo nie wiedział, co dzieje się, kiedy go nie ma w domu, a ja mu tego nigdy nie powiedziałem), przez to siedziałem cały wolny czas przed komputerem i w pewnym momencie się od tego po prostu uzależniłem. Z psychiką było coraz gorzej, w międzyczasie doszły stany lękowe, w 2 gimnazjum nie chciałem już chodzić do szkoły i robiłem po prostu wszystko, żeby być chorym. Zacząłem dużo chorować, a jak nie chorowałem, to udawałem, że choruje. Aż zepsułem sobie układ odpornościowy tak, że wylądowałem na zajęciach indywidualnych. Z jednej strony cel osiągnięty, z drugiej nie zdawałem sobie sprawy, że to jedynie chwilowe zamaskowanie moich objawów (w domu było mi o wiele lepiej, w szkole ze względu na swoje lęki, spowodowane coraz większym wyśmiewaniem w szkole, było mi po prostu niedobrze i coraz mniej komfortowo). Pod koniec 3 gimnazjum wróciłem do szkoły i jakoś gimnazjum przeżyłem, układ odpornościowy naprawiłem, poszedłem do technikum, do innego miasta i tam miałem plan zacząć coś w stylu "nowego życia" - nikt mnie nie znał, nie wiedział kim jestem, nie znał znajomych moich znajomych z gimnazjum itp.Z problemami, po czasie się zaaklimatyzowałem, poznałem jednego dobrego kumpla, wtedy zacząłem też wychodzić na prostą - zacząłem zarabiać (handlowałem w internecie ubraniami), trenować, spotykać się z dziewczynami z Tindera. W sumie było naprawdę fajnie i stabilnie, czułem w końcu coraz bardziej, że żyję. Aż do momentu, gdzie zacząłem romansować z marihuaną. Od razu napomnę, że przez cały czas w tle występował i występuje alkoholizm mojej matki - ostatnio, to już nie jest w ogóle problem, później napiszę czemu, ale do tego roku, w 2020, w 2021 itd. - ciągle to mi męczyło głowę, bo dalej zdarzały się nieprzyjemne sytuacje, chociaż to i tak nie ma porównania z wczesnym dzieciństwem. Ale wracając - w wakacje po zakończeniu pierwszej klasy technikum, poznałem zioło. I to był w sumie taki przełomowy moment w moim życiu, gdzie wtedy jeszcze nie wiedziałem, co z tego wyjdzie. Na początku działało słabo, z czasem coraz lepiej - na początku paliłem ze znajomymi, później jak zaczęło działać, zacząłem kupować sam i coraz, coraz więcej, tracąc praktycznie cały hajs. W swoim krótkim bo 3 letnim stażu z substancjami psychoaktywnymi już kilka razy sięgnąłem dna finansowego, gdzie zostawało mi kilkanaście czy kilkadziesiąt zł, bo byłem gotów oddać wszystko, by tylko oderwać się od rzeczywistości i o niej na chwilę zapomnieć. Dojeżdżanie do szkoły okażało się męczące, bo w pierwszej klasie miałem lekko ponad 50% frekwencji, do tego zamknęli mi klub, gdzie trenowałem, więc postanowiłem przenieść się do zaocznej (na początku drugiej klasy). W pierwszych miesiącach w ogóle nie zauważałem swojego uzależnienia - mimo że paliłem po 5-10g tygodniowo, nie robiłem poza tym nic, bo szkołę miałem weekendowo co 2 tygodnie, a chodziłem jeszcze rzadziej. W tamtym momencie moje życie wyglądało w ten sposób, że obżerałem się jak świniak, jarałem od rana do wieczora (w sumie to niekoniecznie, bo chodziłem spać rano) i grałem tylko w gry. I waliłem konia. Oprócz tego, że nie zauważałem swojego uzależnienia, to nie zauważałem też tego, jak rosną moje stany lękowe. Po czasie potrafiłem się jąkać przy rozmowach z np. kasjerami czy obcymi ludźmi, ale do zrozumienia dała mi jedna sytuacja, gdzie wbiłem ze znajomym na imprezę, gdzie nie znałem nikogo - i po prostu wtedy mnie zamurowało. Nie wiedziałem, co zrobić, zrobiłem z siebie jedynie klauna, nie przywitałem się z nikim i wyszedłem. Odebrało mi wtedy mowę, jakąkolwiek pewność siebie i czułem tylko lęk, jakby każdy mnie tam znał i miał zaraz wyśmiać. Ale przed tą sytuacją, pod koniec 2021 poznałem jeszcze swoją jedyną i byłą już dziewczynę. Co prawda, jarałem wtedy już dużo, ale nie były to jeszcze takie ilości i uzależnienie, jak 2022 i 2023, potrafiłem wtedy np. odmówić, zrobić przerwę, ale dużo mi w tym pomagała moja ex. Byłem z nią pół roku, z czego pierwsze 3 miesiące, to były zdecydowanie moje 3 najlepsze miesiące w całym życiu. Później zaczęło się nam sypać, dziewczyna mnie zdradziła, zakończyłem z nią jakikolwiek kontakt i zostałem po prostu sam. Chociaż sam jej pomogłem na początku, bo była po próbie samobójczej i toksycznym związku + problemach w rodzinie, a mimo to, później zrobiła mi takie coś- poczułem się po prostu, jak pieprzona trampolina. To była jedyna dziewczyna, z jaką się całowałem, jedyna dziewczyna, z jaką uprawiałem seks i jedyna dziewczyna, do którejkolwiek coś czułem i czuję. Co więcej - to była jedyna osoba, przy której czułem się kochany, czułem bliskość, miłość i troskę. Nie byłem w stanie poczuć miłości nawet od rodziców, ale od niej czułem i byłem w stanie się zakochać. Po tym związku, nie dość, że mam inne spojrzenie na kobiety, to jeszcze wszystko poszło w dół. Inne, bo nie czuję już takiego pociągu emocjonalnego do kobiet, jak kiedyś i żadna dziewczyna mi nie pasuje, a bardziej to mnie nie interesuje. Po związku z ex nie spotkałem się sam na sam z ani jedną kobietą - z dużą ilością pisałem, ale koniec końców się nie spotkałem, dlaczego? Bo po prostu nie chciałem i nie chcę. Przed chwilą napisałem, że po tym związku, wszystko zaczęło lecieć w dół. Zdarzyła się ta sytuacja z imprezą, po której poszedłem do psychiatry, bo wiedziałem, że to nie jest już nieśmiałość. Psychicznie było tylko coraz gorzej, zacząłem płakać już codziennie, a w moim życiu oprócz marihuany pojawiły się wszelkiej maści smakołyki i brałem już wszystko, co się dało, byle tylko zapomnieć o rzeczywistości. Sam psychiatra stwierdził u mnie stany depresyjne/depresję, stany lekowe, dda, nerwicę natręctw. Niestety szczegółowo tego nie wykonał, ja sam dostałem asertin, który nic mi nie pomógł, no to przepisał mi później mobemid. No i mimo, że jednocześnie jarałem, to moklobemid zaczął jakoś działać (przy asertinie nie paliłem, bo wtedy pierwszy raz próbówałem rzucić i na okres brania leku się udało, później znowu w to wpadłem). Z czasem wróciłem do brania innych rzeczy - najgorszą udręką okazały się słynne "kryształy". Po czasie robiłem kilkudniowe ciągi, kilka razy w miesiącu, dodatkowo dopalając się moklobemidem od psychiatry (moklobemid w połączeniu z różnymi stymulantami, potęguje ich działanie). Psychiatrę odpuściłem kompletnie, stany lękowe tylko się powiększały, maskowałem je doraźnie za pomocą alprazolamu. Razem ze stanami lękowymi zaczęła się zwiększać depresja i wszystkie inne moje demony, w maju tego roku, nos już miałem tak rozdziabany, że towar musiałem jeść, bo nic mi się nie chciało przyklejać do śluzówki. Najgorsze jest to, że chcę to wszystko rzucić już od czerwca 2022 (pierwsza wizyta u psychiatry), ale kiedy mierzę się z rzeczywistością, to moja walka za każdym razem jest krótka i przegrywam. Dzisiaj, kolejny raz chcę się pozbyć tego z mojego życia i spróbować żyć normalnie, spróbować być szczęśliwym. Nie mam żadnych zainteresowań i pasji, wszystkie potraciłem - nawet takie czynności jak pooglądanie serialu, filmu czy pogranie w gry są dla mnie nudne na trzeźwo i nieinteresujące. Moi rówieśnicy kończą technikum, a ja próbuję znaleźć sens życia. Chciałbym zająć głowę pracą, ale kiedy rzucam wszystko, co złe i mam to zrobić, to zadaję sobie pytanie, po co? Nie widzę sensu i powodu, żeby iść do pracy, pieniędzy aż tak aktualnie nie potrzebuje, bo nie mam żadnych wydatków, ponieważ mieszkam z rodzicami . Nie mam ochoty wyjść ze znajomymi i nigdzie ostatnie 2 miesiące nie wychodziłem, bo ten czas, jak nigdy w życiu, męczę się z tym i próbowałem w tym czasie już 2 razy wszystko rzucić. Życie na trzeźwo przytłacza mnie, czuje pustkę, bezsilność i z niczego nie potrafię się cieszyć, nie potrafię wyjść do ludzi bez psychotropów, przez stany lękowe, które sobie zintensyfikowałem swoją głupotą. Swoją głupotą doprowadziłem też do znacznego obniżenia popędu seksualnego (przez beta ketony) i braku zainteresowania seksem. Mój ojciec jako jedyny wie o moich problemach psychicznych, ale jak przestałem brać moklobemid, to mu powiedziałem, że już wszystko okej, bo nie chciałem go tym zamęczać. Matce w tym roku wygarnąłem całą prawdę i też zauważyłem, że od tego momentu zmieniło się kompletnie jej podejście do mnie. Ale nie naprawi to całego gówna i tego, że czuję się, jakbym miał 50 lat, chociaż mam 19 i szukam powodu, żeby żyć. #depresja #przegryw

