Idealizuje swoich rodziców chociaż daleko im do ideału. Matka fanatyczna katoliczka. Ojciec wysokofunkcjonujacy alkoholik i choleryk. Zaczynam ruszać ten temat i go przerabiać, bo widzę, że narobił mi więcej szkód niż chciałabym przyznać i zaczynam sobie przypominać. Dzieciństwo. I swoje marzenia z tamtego okresu jak marzyłam o tym by trafić do domu dziecka. Smutne to. Smutniejsze, że nie potrafię być w stosunku do nich szczera. Traktuje ich jak takie duże dzieci. Jak przyjeżdżam ich odwiedzić to jestem taką dobrą córką. Która pójdzie z matką do kościoła, chociaż nie wierzy, ale matce byłoby przykro, dla mnie to tylko godzina, a ona będzie szczęśliwa. Będzie przymykać oko na alkohol na stole, pomimo, że ojciec ma wszystkie choroby, które już dawno powinny zmusić go do odstawienia kieliszka: cukrzyca, zatorowość żył, udar, który niemal go nie zabił, ale on bez tego to by nie dał rady, wszystko co robi nagradza sobie alkoholem, bo zasłużył. Ile kłótni przerobiłam za młodu to nie zliczę. Ile razy nasłuchałam się jaką to jestem dobrą córką by 5 minut później być tą najgorszą. I cały czas to we mnie siedzi. w dorosłym życiu jak wezwą mnie w pracy na dywanik to spodziewam się najgorszego, a jak się okazuje, że to pochwała czy awans to czuję się skrępowana, wręcz onieśmielona. To cholernie mile, kiedy ktoś cię nagradza, czy docenia, ale w głowie mam myśli, że zaraz się zjebie. Chciałabym się od tego uwolnić. Od tego pesymistycznego nastawienia, że wszystko co dobrego dzieje się w moim życiu wcale nie zniknie za 5 minut. #psychologia

