Często na necie widzę, że dla większości ludzi trening do upadku mięśniowego to jakaś abstrakcja. Że typowy człowiek zostawia 5 powtórzeń w zapasie i kończy serię dużo wcześniej, niż faktycznie nie jest już w stanie zrobić kolejnego powtórzenia. I tak się zastanawiam, z czego to wynika.Pamiętam swoje początki na siłowni X lat temu. Od pierwszego treningu jechałem praktycznie wszystko do absolutnego upadku. Wyjątek stanowił martwy ciąg, bo wtedy jeszcze żyłem w przekonaniu, że dół pleców ma być zawsze prosty oraz po jakimś czasie przysiady, bo rerackowanie po każdej serii długo trwało.Jakiekolwiek RIR zacząłem zostawiać dopiero pod koniec drugiego roku treningów.I tak sobie myślę, że dla większości osób ciśnięcie serii do totalnego zesrania się powinno być wręcz naturalne. Od dzieciaka jesteśmy bombardowani przekazem, że jak coś robisz, to dajesz z siebie 100%. Sport, filmy, zawody, nawet głupie sprawdziany na WF-ie, gdzie ostatnie repy jakichś pompek czy brzuszków były zawsze do upadku.Sam nie jestem jakimś turbo kompetytywnym gościem, nie mam też nadludzkiego progu bólu. Dlatego trochę mnie zastanawia, skąd bierze się taka różnica w podejściu.Nie chodzi mi tutaj o dyskusję, czy trening do upadku jest optymalny pod hipertrofię, czy lepiej zostawiać RIR, ani o stosunek bodźca do zmęczenia. Bardziej ciekawi mnie sama kwestia tego dlaczego panuje opinia, że dla większości ludzi dojście do prawdziwego upadku mięśniowego jest takie trudne?#silownia #mirkokoksy #mikrokoksy

