Nie wiem w sumie jak zacząć, jak przedstawić to co mnie głębi. W tym roku kończę studia magisterskie, już właściwie skończyłam, został mi jeden egzamin i obrona pracy. Skończyłam "studiować" czyt. chodzić na zajęcia, ale nie wiem co dalej. Nie mam siły pisać pracy, nie potrafię. Wiem, że pomyliłam się z wyborem studiów. Ktoś powie i dopiero po 5 latach zdałaś sobie z tego sprawę!? Otóż oczywiście, że nie. Uświadomiłam to sobie już po licencjacie. Jako tako, ale zdałam go. Przez jakąś chorą ambicję poszłam na magisterkę na UW, choć licencjat robiłam na innej uczelni. Udało mi się dostać, cudem zdałam egzamin wstępny. Dla mnie to był ogromy wysiłek, choć wiem, że obiektywnie rzecz biorąc był on dość prosty. I tu zaczyna się mój totalny upadek. Ze wszystkiego byłam najgorsza, w sesji praktycznie wszystkie przedmioty musiałam poprawiać. Cała grupa 5-4, a ja 2 i do poprawki. Oczywiście w końcu zaliczałam z tą tróją, ale to było na zasadzie, to już magisterka nie będę pani robił problemów. Chciałam po pierwszym semestrze zrezygnować, ale uległam namowom rodziców próbuj, dopóki cię nie wywalą. Jakoś na tych trójczynach zaliczyłam pierwszy semestr, drugi, trzeci.... Stres i wstyd, że jestem głupia - to chyba najlepiej zapamiętam po tych dwóch latach. Poczucie własnej wartości spadło do zera. Nawet jeśli jakimś cudem zdam magisterkę to i tak nie wiem co dalej. W pracy będą spodziewać się super umiejętności, bo w końcu po UW...., a tak na prawdę nic nie potrafię. Bardzo mi z tym ciężko, bo czuję, że zmarnowałam sobie życie... #studbaza #przegryw

