Czy jestem normalny, czy jestem mizoginem? Z nerwicą lękową i niską samooceną znów popadam w wątpliwości. mieszkam aktualnie z dwiema lokatorkami na mieszkaniu studenckim i dostrzegam non stop ujebany garnek w zlewie, kłaki w łazience, nastawianie prania, a następnie wychodzenie z domu, czego skutkiem jest kiszenie się tego prania (co jakis czas robię dezynfekcje domestosem bębna), nieużywanie klamek przy zamykaniu drzwi i wieszanie nieswiezych reczników w lazience. Tak się zastanawiam, bo mieszkam w podobnej formie od 4 lat, przewineło się kilku lokatorów i nigdy nie było aż tak źle, jak z tymi dwiema koleżankami. Mieszkałem nawet z czterdziestoletnim rozwodnikiem z alimentami i był to najlepszy dotychczasowy lokator - mily, cichy i tak jak ja spokojny. Innym razem przez rok mieszkalem z typkiem, co grał calymi dniami w gry, nie mył się, miał problemy ze sprzątaniem, ale wystarczyło mu przypomnieć (po koleżeńsku) i od razu ogarniał temat. Też wielokrotnie z nim gadałem o duperelach, typu wakacje, plany na przyszłość, gospodarka. A gdy obecnej lokatorce zwracałem uwagę, aby podczas gotowania otwierała okno, albo włączała okap to spojrzała się takim wzrokiem na mnie, jak na tym filmie "gruba pijesz?!". Nie wiem, ale od razu poczułem taką pasywną agresję z jej strony, że postanowiłem ją unikać w miarę możliwości, aby zapobiec konfrontacjom. Z drugą lokatorką podobna sytuacja, ale w innym kontekscie. Nasz kontakt ogranicza się jedynie do powiedzenia sobie "cześć" i tyle. Kurde, nigdy nie miałem takiej sytuacji, że muszę jak do dziecka tłumaczyć osobie z którą mieszkam, że do zamykania drzwi używa się klamki, a nie nogi. #przegryw #depresja #psychologia

