Okres świąteczny dla mnie zawsze jest trudny. Wracam do domu rodzinnego. Nie wiem po co, chyba tylko żeby w ten społecznie ważny czas nie siedzieć samemu w bloku w 4 ścianach. A w domu co? Patologia, nieobecny emocjonalnie ojciec i narcystyczna, psywnie agresywna matka terroryzująca każdego z domowników. Absurdem jest to, że nawet nie można swobodnie pogadać z bratem/siostrą, bo jeszcze rozmowa zostanie podsłuchana i zwykle, przyjacielskie zwierzenie się zostanie odebrane za "obrabianie dupy" I kolejną, hałaśliwa awanturą. Juz od dłuższego czasu zauważam u rodzeństwa syndrom sztokholmski, bo spotykam się z ich złą reakcją, gdy rozmawiam z ojcem, tak bardzo znienawidzonego przez matkę, wokół wszystko się w domu kręci. Nigdy też nie spotykam się ze zrozumieniem z dalszej rodziny, bo na zewnątrz wszystko zawsze było super (ofiary przemocowych domów wiedzą o co mi chodzi). Wynikiem tego jest mój częsty lęk i analiza własnej poczytalności. Bo co, jeśli mam jakieś urojenia, psychozy (schizofrenie innymi słowy) i tylko ja uważam dom, w którym dorastałem za patologię. Może powinienem skupić na tu i teraz, a do przeszłości nie wracać? Tylko czy tak można, podczas gdy dzieciństwo jest pieprzonym stygmatem na całe życie?#depresja #przegryw #psychologia

