Usiadłem z różową i w cywilizowanej rozmowie wyjaśniłem że daję sobie czas do końca roku i jeśli nic w moim życiu nie zmieni się na lepsze, zaj*$#ę się. Oczywiście histeria że jak to i dlaczego.Jestem już naprawdę zmęczony. Urodziłem się z nieuleczalnie uszkodzonym systemem nerwowym co wyklucza mnie z 95% zawodów a w pozostałych 5% (z których jestem uprawniony do wykonywania 0,02%) każde pracować na 110% żeby zminimalizować szansę bycia wywalonym na zbity pysk w max 3 miesiące. Oczywiście na pracy problemy się nie kończą bo człowiek z – nazwijmy to – niedowładem rąk i nóg ma problemy na każdym kroku funkcjonowania na co dzień. Już od dłuższego czasu czułem nadciągającą ścianę, ciągnięcie resztką sił. W ścianę wyrżnąłem dzisiaj: miałem pomóc różowej w rozmowie o ważną pracę, skutek jest taki że na pewno jej nie dostanie. Zawiniły oczywiście w 100% moje ręce, nie pytajcie jak.Nie macie pojęcia jak bezużyteczny w tych czasach jest ktoś kto nie może polegać na własnych rękach, jak upokarzające jest przegrywanie kolejnych szans nie z własnej winy. Co czuje się patrząc w oczy różowej czy rodziny gdy po raz n-ty tłumaczysz że znowu coś zje*&^ałeś bo jesteś chory. Gdzie oficjalnie dla społeczeństwa nawet nie jesteś inwalidą bo to „tylko” choroba a nie stereotypowo rozumiane kalectwo. „Nie jest tak źle, nie dramatyzuj”. No dzięki ekspercie, z pewnością wiesz lepiej ode mnie jak się z tym funkcjonuje i jak źle jest.Cieszcie się zdrowiem jakie macie. Nie jest idealne ale póki możecie swobodnie pracować/uczyć się, być wsparciem dla siebie i bliskich, wygraliście już w życiu więcej niż wam się może wydawać. I trzymajcie proszę za mnie kciuki, może gdzieś tam na horyzoncie czai się jakiś plot twist. Nadzieja umiera przedostatnia.#zalesie

