#kobieta #miłość #redpill #blackpillKażdy dzień przynosi coraz większe rozczarowanie. Doszedłem do wniosku, w którym coraz bardziej się utwierdzam, a mianowicie, że dla swojej wcale nie byłem pierwszym wyborem. Codziennie dostaję litanię tego co we mnie nie tak; trzeba na każdym kroku pokazywać mi jak jestem nikim. Czy tak przypadkiem kobiety nie traktują mężczyzn, których tak naprawdę nie kochają? A brak bliskości? O każde okazanie bliskości muszę żebrać, nawet nie chce mi się liczyć ile razy byłem odtrącony. Ja rozumiem, że jest po ciąży i życie przytłacza, ale ja dążę do zbliżenia - z jej strony praktycznie nie ma inicjatywy. Do tej pory twierdziła, że seks mógłby dla niej nie istnieć; teraz mi się przyznała, że jednak miewa popęd. To dlaczego k wa nigdy nie przyszła z tym do mnie? Mój popęd nie znajduje ujścia. Nigdy nie miałem obsesji na punkcie seksu. Teraz liczbę zbliżeń przez kilka lat mogę policzyć na palcach jednej ręki, w dodatku zbliżenie rzadko bywa satysfakcjonujące. Można powiedzieć, że jestem frustratem w tej dziedzinie. Chcę seksu, ale ile razy bym nie poruszał tego tematu, napotykam na silny opór i zachowanie, jakby robiła mi łaskę, że na mnie spojrzy i da się dotknąć. Nie chcę szukać seksu poza związkiem. Chcę mieć normalny związek, normalną rodzinę. Przez to, że to tak wygląda, zacząłem mieć podejrzenia; zachorowałem na zazdrość. Na każdym kroku podejrzewam ją, że coś kręci na boku. Każdą nieścisłość czy dziwne zachowanie odbieram jako dowód na to, że mnie zdradza. Na przykład kiedyś rozmawialiśmy o kobiecie z jej rodziny, która jakiś czas temu wsiadła na karuzelę kut ngów. Komentarz żony "ciekawe ilu gachów ona już miała, ciekawe który teraz z kolei". Przyglądam się jej z boku, widzę że się zamyśliła i uśmiecha się pod nosem. Moja interpretacja: musiało się jej zrobić ciepło na myśl o dużej liczbie partnerów, może przypomniała jej się jakaś przygoda za moimi plecami. To jest tylko wierzchołek góry lodowej. Z moim synem też miałem wątpliwości. Przed udanym strzałem robiliśmy kilka sesji po kilka razy, z żadnej nic nie wyszło. Ostatnia sesja -- doszło do jednorazowego zbliżenia i załapało. Ale jak to tak? Mam wierzyć, że jeden strzał wystarczył do zapłodnienia? W dodatku żona po latach nie pamiętała, czy szczęśliwy strzał był jednorazowy, czy zbliżeń było kilka, co też daje mi do myślenia. Nie kwestionuję już ojcostwa. Widzę podobieństwa między mną a nim. Ale wyobraźcie sobie jakiego miałem mindfucka na początku. Dobrze wiem jak ludzie, w tym my, często długo i bezowocnie starają się o dziecko. A tu za jednym razem... Mam wrażenie, że przez to, że nie jestem mężczyzną pierwszego wyboru, zostałem pozbawiony prawa do prawdy. Jej koleżanki może coś wiedzą, ale żadna nic nie piśnie. Przez moje podejrzenia wychodzę na toksyka, a ciągle słyszę, że mam się skupić na "tu i teraz". Przecież to brzmi jak próba przejścia do porządku dziennego nad tym, co potencjalnie mogła zrobić. Ale w imię zachowania statusu quo i zapewnienia synowi "stabilnej" rodziny, mam zamknąć pysk i nic nie kwestionować, gdzie każdy mój najmniejszy kontakt z płcią przeciwną jest traktowany z podejrzliwością, a ja na przykład mam tolerować jej przyjaciela sprzed lat, bo to "tylko przyjaciel". Nie wiem, czy to wszystko to tylko urojenia spowodowane brakiem seksu i zaburzonym poziomem neuroprzekaźników. Ale czuję, że z każdym dniem ją tracę, raz przez moją zazdrość, dwa przez coś, co może potencjalnie ukrywać. Sorry za ten strumień świadomości, ale musiałem to wyrzucić. Na terapię chodzę raz na trzy miesiące na nfz, pół godziny gdzie ja staram się streścic wszystkie moje problemy, a na koniec słyszę tylko "musimy kończyć". Psychiatra zaleciła pół tabletki risperydonu więcej, ale wtedy jestem nieprzytomny na drugi dzień i nie jestem w stanie normalnie funkcjonować, chociażby sprostać jej wymaganiom. Wyżaliłem się partnerowi jej psiapsi, to ten pantoflarz doniósł jej psiapsi, I tylko dostałem Opie dol, że szukam pomocy u innych

