#zwiazki #tinder #gorzkiezaleMam pytanie do ludzi, którzy byli lub są w związkach, co o tym sądzą? Czy to ja jestem tym złym, czy po prostu laska chciała mnie podporządkować albo coś innego i ona jest antagonistą? Co ile chodziliście na randki na początku waszych związków? Co sądzicie?Cała historia krótkiego związku:Poznałem przez Tinder dziewczynę. Ja lat 28, ona dwa lata starsza, na liczniku niecałe 30. Okazało się, że łączy nas wiele wspólnego, studiuje na tym samym uniwersytecie trzeci stopień. Ogólnie wyglądała na mądrą, z inteligencją i zasadami, chodź same dziedziny naukowe nas różniły. Zaprosiłem ją więc na randkę, wyjście na miasto, kręgle i tym podobne. Było fajnie i przyjemnie, dużo gadaliśmy. Kilka dni później, po drugiej randce poszliśmy razem do łóżka, no i w taki sposób między nami zawiązała się oczywista relacja. Tym bardziej nie było ku temu przeszkód, bo miała własne mieszkanie. Pod względem seksu nie było nic do zarzucenia, to znaczy myślę, iż ona była bardziej spełniona niż ja. Nawet w którymś momencie mówiłem, iż też musimy trochę przystopować, bo są obowiązki. A to dlatego, iż bywało nawet tak, że po 7 godzin "ciągłej jazdy" się bawiliśmy do białego rana. Ale oczywiście były też rozmowy i inne zajęcia. Z mojej obserwacji, to właściwie co 2 dni się widzieliśmy albo rozmawialiśmy przez komunikator. Ogólnie zawróciła mi w głowie i miałem coraz lepsze perspektywy na to. Całość trwała niecały miesiąc, bo właśnie wczoraj zerwaliśmy...To znaczy, zaczęło się od tego, że w ostatnim tygodniu po wypadzie na łono natury wysłała mi link do jakiejś publicznej imprezy 2 godziny samochodem od naszego miasta, która miała się odbyć za zaledwie dwa dni. Zapytała, że co ja na to, czy może się tam wybierzemy. Akurat byłem po robocie i napisałem, że trzeba byłoby to jeszcze przemyśleć. Następnego dnia wypadło mi to z głowy, ale rozmawialiśmy normalnie przez czat, a właściwie kilka dobrych godzin ciągłego pisania. I ona mi o 4 w nocy pod koniec rozmowy zasugerowała, że może do niej przyjechać na bzykanko? Trochę było późno, a do niej miałem 30 minut drogi autem, więc zwlekałem z odpowiedzią, raczej chcąc odmówić. Po prostu racjonalnie do tego podchodziłem. Lecz zaraz sama napisała, że dobra olejmy już to i ona idzie spać. No to okej, dobranocki życzyliśmy sobie nawzajem i tyle. Wstaję następnego dnia (nazwijmy to dzień X), akurat to był dzień wolny, więc spałem aż do godziny 13. Piszę do niej na relaksie, jak mi sen się powiódł bardziej lub mniej. A ona do mnie z grubej rury, że czuje urazę, bo jej nie odpowiedziałem na tamto pytanie odnośnie wyjazdu. Rzecz jasna, formułowała to tak, jakbym miał przepraszać ją za to. Tylko z mojej perspektywy, to nie miałem za co, no bo nie umówiliśmy się na cokolwiek, a jej propozycja była jedną, szybką, krótką, wzmianką pośród dyskusji, jak to bywa czasami w ludzkiej rozmowie. No i jeszcze, skoro kolejnego dnia rozmawialiśmy, a czasami coś może każdemu wypaść z głowy, to mając takową okazję mogła przypomnieć mi to. Wracając do biegu wydarzeń, to nastąpiła krótka wymiana odpowiedzi, że ona chciałaby żebym ja pamiętał o takich sprawach, jak ona o coś pyta i nie poczuwa się do tego, by mi takie rzeczy przypominać i tak dalej, po czym nagle skończyliśmy tego dnia konwersację. Następnego dnia już wiedziałem, że jest pewnie obrażona, ale też nie czułem się winny, żeby za jakąś błahą rzecz na kolanach się kajać. Mimo tego zaczaiłem rozmowę byle czym, mówiąc dosłownie, że "jakąś głupotę chciałem napisać ale lepiej nie". Ona na to "acha" i nie kontynuowała. Drugi dzień od dnia X odezwała się wieczorem, czy czegoś "mądrego" za to nie napiszę (tak jakby w nawiązaniu do zdania napisanego przeze mnie wcześniej), po czym zaczęła się krótka dyskusja. Wysłałem jej nawet mema z kłócącymi się zwierzakami, ale ona stwierdziła, że nie rozumie i że nie ma żadnej kłótni. Zaraz po tym się zdzwoniliśmy głosowo, no i już wtedy przyznała, że jest urażona czy coś takiego. Ale zaczęła do tego dodawać, iż ona nie wie czego ja właściwie chce, że ona chciałaby chodzić na randki i tak dalej. A ja mówię do niej, że przecież chodzimy oraz, iż i tak za szybko się skumaliśmy tak naprawdę, no i co najważniejsze, że mi same randki na tyle nie są ważne, a zwykłe wspólne przebywanie ze sobą cenię bardziej. Tymczasem ona dalej swoje, że mnie zna i jak chce to w nocy nawet znajdę czas, by przyjechać (w nawiązaniu, że miałbym też czas na oficjalne randki) i czy nic nie mam do dodania lub powiedzenia więcej? No to pytam ją, że jak w takim razie minął jej dzisiaj dzień. Ona na to bez odpowiedzi, i tylko smutnie, że będziemy naszą relację kończyć i żebym się trzymał, na razie. Poczułem się tak, jakbym miał od siebie nic nie dawać, a zarazem, jakby ona chciała gnać z naszą relacją jadąc pociągiem (rzecz jasna w tym kierunku, który ona chce), gdy w rzeczywistości przecież trzeba czasu takim rzeczom. Jeszcze jakieś wytykanie przyjeżdżania, gdzie sama inicjowała to, ale zarazem mimo miło spędzonych razem chwil, to też mojej osobie było to jakimś poświęceniem. No bo przecież trzeba na jutrzejszy dzień normalnie funkcjonować i swoje obowiązki spełniać, a szalenie całą noc temu nie sprzyja. Tego już nie widziała wygodnie czekając u siebie w mieszkanku na chłopaka? Jak często można jeździć na oficjalne randki, tym bardziej jak człowiek się dopiero poznaje? Codziennie? Raz ona proponowała, raz ja, i gdy tak bywało, to ona sama również odmawiała. Nie wiem, może jestem za prostym człowiekiem do szlajania się po mieście. Ale nawet takie prozaiczne sytuacje, że zaprosiłem ją na wspólny jogging, to odzewu nie było już. Ale o swojej prywatnej fizjoterapeutce na siłowni, gdzie chodziła co kilka dni, to już opowiadała mi z radością. Jakoś się nie gniewałem za to. No nie wiem, czy relacje są zawsze takie nadęte i nie można żyć razem, cieszyć się prostym przebywaniem ze sobą? Takie myśli mnie przechodziły. Oczywiście zerwanie boli, ale w sercu nie wiem czy mam się sam winić, czy mogę jednak o niej tak myśleć, jak napisałem powyżej. Po prostu czuję pustkę. Taka to historia.

