Piszę z anonima gdyż obawiam się linczu i ostracyzmu ze strony użytkowników tego portalu. Wpis dotyczy #alkohol #alkoholizm i #silowniaMianowicie lubiłem sobie popiwkować przy weekendzie, piątek-sobota, czasem niedziela, ale delikatniej bo w poniedziałek do roboty. Poczytałem trochę tag - diagnoza wykopków wiadoma - alkoholizm. Stąd, jako świeżo upieczony alkoholik postanowiłem temu przeciwdziałać i ostatnie piwa wypiłem 1 stycznia popołudniu (w sylwestra nie piję, pierwszego wstaję wcześnie, żeby się pośmiać z tych, co się tu chwalą, że nie pili i już są na spacerku: 'nAjEBusY ŚpiĄ a j JuŻ Na nGoacH HUEHUEHUE', żeby piesek się mógł wysrać i tych co marudzą, że jeszcze śmieci po fajerwerkach nie posprzątane, nie plusuję, nie komentuję, dopisuje tylko notatkę o użytkowniku i daję na czarną - mam już całkiem pokaźną kolekcję). Powiedziałem sobie, że do kolejnych świąt nie ruszę alko, żadnego. Chciałem poczuć na własnej skórze poprawę jakości życia, tak szczodrze przez wszystkich zapewnianą, czyli: lepsze wysypianie, lepsza kondycja fizyczna i psychiczna, samopoczucie itd. Dodatkowo stwierdziłem, że zacznę ćwiczyć. Pod koniec stycznia poszedłem na lokalną małą siłownię #silownia. Oczywiście wszystko dla zdrowia, nie mam zamiaru się wyciąć czy nadmuchać, bo jak wiemy sylwetki bez sterydów i genów się zrobić nie da (przynajmniej takiej, która byłaby akceptowalna w naszym spaczonym społeczeństwie). Zważając na fakt, że ostatni raz regularnie ćwiczyłem na studiach (ponad 10 lat temu), postanowiłem skorzystać z rad jednego z tych słynnych wyżyłowanych trenerów personalnych. Zgadałem się z gościem, który trenował od lat kickboxing, fajnie się gadało, co nie jest dziwne, gdyż płaciłem mu 150 ziko za sesję... Sesji były trzy, najpierw maszyny i wprowadzająca, żeby się wprawić, potem przerzuciłem się na wolne. Pokazał mi ćwiczenia i technikę, żeby się nie popsuć. Co ciekawe, wystarczą tylko hantelki, ławeczka i podłoga. Można na tym zrobić sporo ćwiczeń bez potrzeby używania wyszukanych maszyn. Problem polegał na tym, że nie przepadam za tłumami i ludźmi, tym bardziej nie lubię tłumów nasterydowanych osiłków i karynek, którym leginsy wchodzą w rowek na tyłku. Dlatego też chodziłem na siłkę o skrajnych godzinach, nawet urywałem się z pracy, byleby tylko ominąć tą hałastrę... Najtrudniejsze były początki, nie mogłem przez to zasnąć, budziłem się w nocy, a nawet płakałem, a wszystko przez to, że musiałem iść do tej wylęgarni aptekarskich kosów. Problem nie ustępował i w połowie marca stwierdziłem, że więcej nie dam rady, psycha mi siadała totalnie. Kiedy wchodziłem do środka i czułem smród gumy i potu okraszony techniawą wydobywająca się z głośniczków w rogach pomieszczeń, miałem ochotę uciekać. Kiedy natomiast wychodziłem p otreningu czułem niewyobrażalną ulgę, że przez jakiś czas nie muszę tam wracać. Kupiłem zatem ławeczkę i obciążenie w necie. Plus jeszcze kilka akcesoriów do treningów, jakieś gumy do rozgrzewki itd. Od tego czasu trenuję w domu i jest o niebo lepiej. Brakuje mi tylko linki na wyciągu, żeby robić triceps, ale zastąpiłem to francuzami i tym podobnymi ćwiczeniami. Ćwiczę co drugi dzień dorzucając kardo. Wracając jednak do alkoholu, oto plusy jakie zauważyłem:- zaoszczędzona trochę grosza, (bo piwka były z górnej półki) która i tak poszła na trenerka, siłkę i sprzęt,- nie mam w ogóle zgagi (kiedy piłem czasem się zdarzała).A reszta?Śpi mi się tak samo, jak nie gorzej, bo trudno mi się zasypia, lecę na melatoninie, która średnio daje radę. Kondycyjnie bez zmian, psychicznie chyba nawet gorzej, bo nie mam jak się wyluzować i bardziej się wszystkim przejmuję. Podsumowując czuję się zupełnie tak samo, jak kiedy sobie piwkowałem. W moim przypadku nie odczuwam żadnych pozytywnych aspektów odstawienia alkoholu. Pytanie dlaczego? Czy nie piję za krótko? A może piłem za mało? Nie wiem... Dzisiaj dzień kardio, ale zimo więc rower sobie odpuszczę. Idę zatem na dłuższy spacer do lasu.

