#anonimowemirkowyznania Na głównej jest wpis Mirka, który pisze o niezrozumiałym dla niego samobójstwie kolegi, który w zasadzie miał wszystko, co potrzebne do szczęścia.Nie wiadomo czy ten kolega miał czy nie miał depresji, ale w komentarzach w zasadzie piszecie o tym jak o czymś oczywistym.Od jakiegoś czasu chciałam się podzielić czymś w tym temacie. Otóż mój mąż ma depresję, chodzi na terapię. Zdiagnozował się (tzn. poszedł na terapię) dopiero jakoś w lutym tego roku, tam terapeuta zrobił test.I wiecie co, dopiero po tej diagnozie "zaklikalo" mi w głowie, zaczęłam rozumieć pewne zachowania, które były dla mnie nie do pojęcia. Generalnie od jakichś 5 lat mierzymy się z różnymi problemami w życiu, m.in. ciężką chorobą i niepełnosprawnością dziecka. Mąż od wielu lat ma też zdiagnozowaną nerwicę lękową. Różne trudności spowodowały, że zaczęło być też gorzej między nami. Już 3 lata temu poszliśmy na terapię par (terapeuta porażka, ale na jakiś czas coś pomogło). A rok temu poszliśmy znowu, do innego terapeuty. No ale dopiero ten terapeuta chyba zaczął dokopywać się do sedna problemu, mąż poszedł na sesję indywidualną i dopiero tam zdiagnozowano go.Do czego zmierzam.Oboje jesteśmy wyksztalceni, a on od lat (chyba już 10) leczy lęki u psychiatrów. I nikomu do tej pory do głowy nie przyszło, że ma depresję. Jego milczenie, unikanie rozmów, brak dzielenia się uczuciami, brak cieszenia się z sukcesów, zamartwianie się drobiazgami... Dopiero po diagnozie zaczęłam rozumieć. I nie rozumieć jednocześnie, bo nadal jest to dla mnie, jako zdrowej osoby, trudne do pojęcia, że można nie cieszyć się, nie odczuwać radości, albo jakichs większych emocji, gdy wydarzy się coś dobrego (np. jakiś duży sukces w pracy). A jednocześnie funkcjonować zupełnie normalnie - pracować, odnosić sukcesy, opiekować się dzieckiem, uprawiać seks, szukać i rozwijać nowe pasje itd. To dla mnie też ciężkie usłyszeć od niego, że nie jest szczęśliwy, tzn. nie odczuwa szczęścia. A powiedział to w zasadzie jak wróciliśmy z wczasów w zimę w ciepłych krajach (tu w Polsce zima, a my przez tydzień pod palmami, w cieple..no bajka.). Choroba dziecka na szczęście nie wyłączyła nas i jego z życia, jest względnie normalnie, więc to nie tak, że mamy teraz bardzo duże problemy. Nawet jest dobrze. Oboje pracujemy, zarabiamy dobrze, dziecko szczęśliwe.Tak więc teoretycznie można wiedzieć, że jest coś takiego jak depresja, że to podstępna choroba itd., ale jednak jej nie rozpoznać u najbliższej osoby, no bo jednak wszystko wydaje się normalne. Teraz już rozumiem, że dużo kłótni, braku komunikacji, niezrozumienia między nami, takiej niedostępności emocjonalnej mogło wynikać z jego choroby i staram się o tym teraz pamiętać. Ale nawet posiadając tę wiedzę często jest mi trudno zrozumieć jego zachowania... Co u mnie też rodzi frustrację, przeciążenie, smutek, bezsilność (mnóstwo bezsilności!!!).Więc po czasie wszystko może wydawać się oczywiste, nabiera sensu, ale depresja to naprawdę podstępna choroba i teraz to dobrze rozumiem...

