TLDRZajmowałem się wdrażaniem rozwiązań, change review, L3 ticketami, byłem seniorem w zespole.Priorytet zawsze stanowił mój czas wolny, rodzina i życie prywatne, a nie "kult pracy" w korpo.Zostawałem na nadgodziny tylko wtedy, gdy były w pełni płatne i to ja kontrolowałem ich czas — nigdy dlatego, że firma tego chciała.Po "transformacji" cały zespół (w tym ja) został zwolniony — firma stawia na kontraktorów i Indie.Kryzys w IT: wysłałem ~30 CV, miałem tylko 2 rozmowy kwalifikacyjne.Kontraktor z zespołu polecił mnie do nowej pracy — dostałem ją.Teraz zarabiam ~500 euro dniówki, pracuję zdalnie z Polski i mam znacznie mniej roboty niż wcześniej.Planuję overemployment, bo od stycznia/lutego po prostu się nudzę.Paradoks: nie mam CCNA, wiedzę sieciową mam na poziomie CCNA–CCNP, a IPv6 i roznice midzy RIP1 i RIP2 to dla mnie czarna magia na dzisiaj.Czuję się jak jakiś dziwny oszust. Siedzę w #pracait. W zasadzie zajmuję się pewną konkretną technologią w #siecikomputerowe jako admin/inżynier.Zajmowałem się czymś pomiędzy change review, wdrażaniem rozwiązań, rozwiązywaniem ticketów L3, kiedy firma "klękała" (raz na 1-2 miesiące). Byłem seniorem w zespole, bo znałem większość infrastruktury sieciowej na wylot albo wiedziałem, z kim rozmawiać na dany temat, np. o backupach, wirtualizacji, chmurze itd.Dostawałem jakieś 21k brutto (licząc wszystkie premie).Spędziłem poniekąd 10 lat w jednej firmie #korpo. Aż wreszcie, za którymś razem, "transformacja" dosięgnęła mnie. Cały zespół (międzynarodowy) został zwolniony. Firma idzie teraz w kontraktorów + Indie.To było kilka miesięcy temu. Nie mogłem znaleźć żadnej roboty, bo teraz jest recesja (lub, jak kto woli, kryzys w IT). Mimo wielu wysłanych CV (około 30 aplikacji na oferty, gdzie spełniałem co najmniej 50% wymagań), miałem raptem dwa zaproszenia na rozmowy.W zasadzie zacząłem wchodzić w lekko depresyjny styl myślenia, że wreszcie dopadło mnie to, na co zasłużyłem. W końcu, według mnie, nigdy nie wybijałem się miękkimi skillami ani chęcią do pracy. Jak była globalna awaria, to siedziałem i robiłem, ale zawsze jasno zaznaczałem w korpo, że dla mnie najważniejszy jest mój czas wolny, moja rodzina, ja sam, a robota dopiero gdzieś na piątym miejscu.Nigdy nie zostawałem w pracy na "nadgodziny do odebrania jako wolne". Zawsze mówiłem, że spędzając wieczór czy weekend w pracy, marnuję czas, który mógłbym poświęcić na oglądanie TV albo spędzanie go z kimś, na kim mi zależy, i żadne "odebranie godzin" tego nie zrekompensuje. Za dodatkową kasę — co innego, przynajmniej w inny weekend mogę im to wynagrodzić. Byłem w zasadzie dość niepokornym pracownikiem, bo nie pozwalałem, aby kult pracy w korpo wchodził w moje życie prywatne.Jakkolwiek zawsze byłem dostępny pod telefonem, jeśli była gruba afera (np. security breach), gdzie potrzebny był każdy człowiek z każdego działu.Ale do brzegu. Nie mogłem nic znaleźć, a w międzyczasie jeden z kontraktorów z zespołu (ja byłem na UoP) mówił, że widział fajną ofertę i może mnie tam polecić.Wysłałem CV, udało mi się, dostałem pracę itd.Do czego zmierzam?Obecnie zarabiam około 500 euro dniówki (pracując zdalnie z Polski). Mam kilka razy mniej roboty niż w moim ex-korpo. Wręcz tak mało, że od stycznia/lutego będę szukał jeszcze jednej roboty na overemployment, bo się tak nudzę.A co w tym jest najbardziej chore? Jako sieciowiec nie posiadam CCNA. Mój poziom wiedzy sieciowej (najbliżej mi do sieciowca) to coś pomiędzy CCNA a CCNP. Jakby ktoś mnie teraz spytał, czym różni się routing RIP1 od RIP2, to nie pamiętam. Nie umiem też czytać adresów IPv6.Nie narzekam, bo w obecnej chwili jestem naprawdę zadowolony z sytuacji. Mimo to czuję się trochę dziwnie w miejscu, w którym się znalazłem. Czasem nachodzą mnie myśli, że to niesprawiedliwe, że ktoś taki jak ja dostał taką ofertę. Widocznie jednak mam jakieś inne cechy, które pozwoliły mi zawsze wynegocjować dobrą stawkę lub znaleźć rozwiązania, nawet pomimo braku wybitnych umiejętności miękkich.

