#praca #pracbaza #przebranzowienieRóżowa, 28 lat, typowa korpograżyna, mam "swoje" mieszkanie (nie płacę kredytu), zarobki - 8k na rękę + praca zdalna. Praca w korpo mnie mocno wykańcza, mam troche oszczędności, ale żaden ze mnie Warren Buffett jeśli chodzi o pomnażanie ich. Póki jestem przed 30 i mam energię i chęci, chciałabym powoli zacząć działać nad czymś "swoim", żeby za ok. 10 lat być jak najbardziej niezależną od etatu. No i tu potrzebuję pomocy. Mam w głowie 2 ścieżki, którymi mogłabym iść, ale nie wiem na którą się zdecydować.1 - od kilku lat trenuję jogę, jestem na dość dobrym poziomie, czasem myślę o zostaniu trenerką jogi/stretchingu relaksacyjnego. Kurs na certyfikowanego trenera w moim mieście kosztowałby mnie 7000 zł za 10 miesięcy teorii i praktyki, ale po tym dostaję legitymację i uprawnienia i na legalu mogę działać "na swoim". Może z czasem do tego dorobiłabym jakieś kursy masażu itp. 2 - zupełnie inna ścieżka. Dzięki mojej babci znam się na krawiectwie, tu musiałabym powtórzyć trochę rzeczy, jeszcze troszkę się przyuczyć (młoda byłam i nie chciało mi się uczyć wszystkiego, co Babcia mówiła) i iść w kierunku np. projektowania własnych ubrań, szycia ich i sprzedaży (początkowo tt/instagram, a z czasem może własny sklep). Szyć umiem, ale musiałabym nauczyć się konstrukcji ubrań. Profesjonalna szkoła konstrukcji odzieży w moim mieście kosztuje około 10k/ rok. Pytanie - która ścieżka wydaje się bardziej przyszłościowa i czy wgl warto angażować swój czas, energię i pieniądze? Niestety ze względu na płeć glazurnikiem, malarzem, budowlańcem nie zostanę, więc muszę bazować na tym co już mam i co potrafie. Przeraża mnie wizja spędzenia całego życia siedząc przed komputerem w korpo, nienawidzę swojej roboty, trzyma mnie w niej tylko wypłata i możliwość pracy zdalnej. Poza tym bardziej odnajduje się w zawodach wymagających umiejętności fizycznych i manualnych.

