Wpadłam w kompulsywne objadanie się i trwa to już od pół roku. Przytyłam 12 kg. Całe życie byłam szczupła. Wszystko zaczęło się od nagromadzenia stresu w krótkim czasie. Problemy rodzinne, choroba bliskiej osoby, problemy w pracy. Jak już się wali, to po całości. Zajadałam nerwy. Niewinna czekoladka, zamawianie sobie pizzy na obiad. Nawet nie zauważyłam, gdy przytyłam. Nigdy nie musiałam być na diecie ani sprawdzac kalorii. Jestem w momencie, gdy czuje, że mam zero kontroli nad soba w trakcie napadu. Obcykałam sobie o co chodzi z tym białkiem, błonnikiem, deficytem. Byłam u dietetyka. Z ruchem u mnie nie ma problemu. Jestem aktywna fizycznie. Ale nie potrafię przestać żreć. Mogę cały dzień jeść co trzeba, nie być w ogóle głodna, a i tak o 22 zjeść 5(!) kanapek z tym, co akurat jest w lodówce i szperać za wafelkami po szafkach. Każde wyjście do sklepu po normalne zakupy kończy się napadowym braniem np. ciastek na wagę i zjadaniem ich po drodze, żeby nikt nie widział. Moim największym problemem jest to, że wyszlam z domu z poczuciem, ze 90% mojej pewności siebie jest zbudowane na byciu chudą. W mojej rodzinie to, że kobiety są chude i drobne, to powód do dumy. Dużo się u mnie komentowało „grubasów” i to, że np. mama jest lepsza od jakiejś pani, bo jest szczupła. To sprawia, że odkąd przytyłam nienawidzę siebie, nie chce dla siebie dobrze. Koło się zamyka. Żrę, bo siebie nie lubię. Nie lubię siebie, bo żrę. Wstydzę się założyć stare spodnie, bo są opięte, więc kupuje szerokie rzeczy, które sprawiają, że nie czuję jak tyję. Oczywiście mama już skomentowała, że się zapuściłam i mam „boczki”. Teoretycznie mam całą motywację by przestać jeść za dużo. Nie chcę być gruba, czuję presję. A mimo to wiem, że rano wstanę, zjem śniadanie jak trzeba, a potem się objem. Nie rozumiem tego. Czy ktoś w ogóle to rozumie, skoro nawet ja sama siebie nie rozumiem? Nie chce tak żyć. A znikąd pomocy, każdy mi tylko mówi „to jedz mniej”. Kiedy ja nie potrafię, nie panuje nad tym. #kompulsywneobjadanie #dieta #rozowepaski

