Hej,mam taki dylemat związany z "kontaktami międzyludzkimi". Opiszę pokrótce (myślę że na tyle anonimowo że nikt tego nie powiąże z konkretnymi osobami) całą historię i niezbędny kontekst.Historia wiąże się ze znajomym, którego poznałem jeszcze na studiach. Polubiliśmy się (a przynajmniej tak mi się wydaje), więc sporo mu pomagałem, np.: dostać się do zakładu pracy w którym ja pracuję, czy później uratowałem mu kilka razy dupę przed szefostwem.Jako że pochodzimy mniej więcej z tej samej miejscowości i pracujemy w tym samym miejscu (mniej więcej godzina jazdy samochodem, 2h pociągiem od domu do pracy). to umówiliśmy się że jak i tak zmierzamy w tym samym kierunku to mogę go zabierać ze sobą kiedy mu pasuje - wiadomo, dwie osoby jednym samochodem to taniej. Zwracał mi zawsze swoją połowę za paliwo i tu nie było problemu. Zdarzyło się kilka razy że chciał sobie załatwić jakąś sprawę po wyjściu z pracy, jakaś reklamacja rzeczy w sklepie czy zostawienie czegoś w dziekanacie na studiach... No cóż, nie miałem akurat w te dni specjalnych planów to za każdym razem szedłem na rękę. Było sporo takich przypadków - natomiast żadnego w przeciwnym kierunku.U nas w firmie jest przyjęte, że co jakiś czas organizowane jest firmowe "wyjście integracyjne" na piwo. Na piwo wychodzimy po pracy, więc jak mieszkamy godzinę drogi od zakładu pracy no to jakoś musimy się tam jakoś dostać. Pierwszym razem ja byłem kierowcą. Kolega mógł się więc napić ile chciał bo był pasażerem. Ja kierowcą, więc siłą rzeczy musiałem być trzeźwy. "Umówiliśmy się" że następnym razem to on będzie kierowcą. Potwierdzaliśmy też te ustalenie kilka razy jak się gdzieś tam w międzyczasie spotykaliśmy.No i zbliża się ta data. Kilka dni przed mówi mi coś w stylu - "sorry wziąłem sobie urlop na ten dzień i to nie tak że wykręcam się z bycia szoferem, ale jak chcesz to możesz sobie przyjechać jakimś pociągiem czy innym autobusem a po piwie mogę cię odwieźć"Osobiście poczułem się na tyle mocno uderzony taką odpowiedzią, że nie wiedziałem za bardzo co powiedzieć i wydusiłem z siebie w końcu że może nie będę szedł na te piwo w takim wypadku. (musiałbym zmarnować albo 2h na pociąg, albo zostawić samochód na parkingu w pracy i drugiego dnia po niego jechać pociągiem, ew. znowu pić bezalkoholowe) Później dał jeszcze propozycję, że mogę sobie na ten dzień wziąć zdalną pracę i mnie podwiezie z domu do miejsca docelowego (nie mogłem i mu o tym i wcześniej i teraz mówiłem, więc wiedział). Później już nie gadaliśmy na ten temat.Ostatecznie nie poszedłem bo przez tę sytuację w zasadzie nie miałem ochoty się z nim widzieć. Czy tylko mi pod wpływem emocji takie zachowanie w kontekście tej historii i takie "wykręcanie się" z odwdzięczenia przysługi wydaje się łagodnie mówiąc "świńskie"? Czy jestem przewrażliwiony i to jest normalne? (i tylko wydaje mi się że byłem wykorzystywany?) Proszę o opinię. #alkohol #zalesie #problem #wyznanie

