Współczuję. Aktualnie zmagam się z podobnym problemem. Przez ponad rok latałem jak debil za koleżanką ze studiów, udało się nam zaprzyjaźnić. Pod względem wyglądu, inteligencji, czy statusu materialnego byliśmy na podobnym poziomie, więc to nie było porywanie się z motyką na słońce. Spędzaliśmy wspólnie sporo wolnego czasu. Dużo mi opowiadała o swoich prywatnych sprawach. Uważałem, że był między nami ten mityczny vibe. Zauroczyłem się. W bardzo delikatny i kulturalny sposób zasugerowałem, że może moglibyśmy przejść z relacją lvl wyżej - powiedziała NIE. Niby pogadaliśmy i miało być wszystko ok, ale tak naprawdę ta relacja się skończyła. W dalszym ciągu razem studiujemy i widzimy się prawie codziennie, ale rozmowa ogranicza się do "hej" i wymiany paru zdań od wielkiego dzwonu. Prawie nie wiem co się u niej dzieje. Niby to nie było nic wielkiego, nie wiedziałem po prostu, że tkwiłem w friedzone, ale od tamtego czasu coś we mnie pękło. Mocno się wycofałem od ludzi, weszła giga depresja i terapia, która nic nie daje. Byłoby dużo łatwiej, gdybym jej nie widział/słyszał, gdyby zniknęła całkowicie z mojego życia, a tak to każdy najmniejszy kontakt sprawia, że wewnętrznie umieram. Tragedia.