Nienawidzę swojego życia. W wieku 20 lat wyjechałem z rodzinnego miasta na studia. Właściwie to w dupie miałem te studia. Chciałem uciec od ojca pijaka który całe życie się nade mną znęcał psychicznie i doprowadził do mojej nerwicy lękowej i permanentnej depresji. Studia skończyłem i wyprowadziłem się jeszcze dalej do większego miasta w poszukiwaniu pracy i stabilizacji. No tylko że nie wyszło. Mam 26 lat i nie mam nic i nikogo. Mój brat w wieku 21 lat dostał od rodziców dom warty ok. 1.5 miliona tylko dlatego że się dymał bez gumy i zalał. Ja w tym czasie skończyłem studia i w wyrazie dumy od rodziców dostałem zegarek warty 120zł. Nikt mnie nie chce do normalnej pracy mimo że debilem raczej nie jestem, nie ćpam, przykładam się do wszystkiego za co się biorę. Pracuję na jakichś kurwa rozładunkach kontenerów, monitoringach i innych gównach. Jutro muszę zapłacić za czynsz a brakuje mi 300zł. Jak właściciel mnie wywali to zostaje bezdomnym bo nie mam gdzie pójść. Byłem 5 lat z dziewczyną ale zostawiła mnie bo chciałem poczekać jeszcze rok z planowaniem ślubu żeby stanąć na nogi a nie miałem na tamten moment czego włożyć do gara. W sumie to nadal nie mam i trochę jej się nie dziwię. Wsparcia nie miałem nigdy od nikogo. Z rodziną kontaktu nie utrzymuję ale ostatnio z bezsilności się nachlałem i zadzwoniłem do matki się wyżalić. Płacząc jak dziecko powiedziałem że to co odwalili z tym że mojemu bratu dali dom 180m2 i nie podzielili tego jakoś sprawiedliwie to jakiś absurd i gdybym wiedział że tak to będzie wyglądało to zamiast kończyć studia bym robił sobie dzieci. Odpowiedziała mi że "no tak, takie jest niestety życie". Dla mnie to jakieś kuriozum. Jak słyszę gdy ktoś mówi że wszystkie swoje dzieci kocha się tak samo to mnie na pusty śmiech bierze. Nie mam na nic już siły. Moje życie to jedno wielkie pasmo porażek. Nie pamiętam kiedy z czegoś się cieszyłem albo kiedy cokolwiek mi się udało. Tak tylko chciałem się trochę wyżalić tu bo nie mam gdzie. Magik coraz bliżej chyba. Trzymajcie się w tym życiu anonki.#zalesie

